Wczoraj czytałam Pawełkowi na dobranoc książeczkę o małym ślimaku Anatolu, który szukał po świecie domu dla siebie i znalazł go dopiero wtedy, gdy przestraszył się złośliwych much. Schował się we własnej muszelce. Poruszyła mnie ta opowieść.
Pomyślałam, że kultura wiele ujmuje ślimakom, mówiąc o „ślimaczym tempie” i zalęknionym zamykaniu się w sobie. Tymczasem ślimaki pokazują mi coś ogromnie mądrego. Jakie to ważne mieć blisko siebie swój dom. Miejsce, gdzie można się wycofać z nadmiaru aktywności i bodźców. Gdzie można wracać do równowagi. Gdzie można być samemu ze sobą.
Mam wrażenie, że otacza nas mit wieczystej dostępności. Zawsze włączonego telefonu. Zawsze gotowej uwagi. Nieodmawiania innym, bo to niemiłe. A tymczasem ślimak – ze swoim domem ze sobą – przekonuje, że można się wyłączyć. Powiedzieć swoje „nie”, bo na coś nie mam przestrzeni. Wycofać empatię, kiedy nie ma na nią zasobów. Pospać w cieniu i odzyskać siły. I tak mądrze mówi swoim cichym znakiem obecności, że życie to nie wyścigi.
Tak wiele się przemieszczam podczas wakacji z dziećmi, tyle zasiedlam miejsc, tyle zmian. Wszędzie zabieram ze sobą rzeczy, które pomagają mi tworzyć wewnętrzny dom. To, co czytam i z kim jestem w kontakcie. Swoje rytuały. Muzykę i bliskie sercu drobiazgi. I staram się znajdować – mimo bycia 24/7 latem z dziećmi – chwile i miejsca, gdzie mogę się wycofać i sprawdzać, co u mnie słychać. Na co mam siły. Czego potrzebuję. Co mam, a czego mi brakuje.
Łatwiej wtedy się tak dzieje, że to ja opiekuję się dziećmi, a nie one muszą opiekować moją złość albo wyczerpanie.
m