Dlaczego?
O mnie
Warsztaty

Dlaczego?

Doświadczamy głodu relacji: rodzimy się z pragnieniem pokonania odległości od siebie do drugiego człowieka. Całe życie tworzymy więzi i funkcjonujemy w relacjach. Między mężem i żoną, rodzicami i dziećmi. W zespole ludzi, którzy pracują razem, obojętnie czy jako przełożeni, czy współpracownicy. Fundamentalne znaczenie dla naszego funkcjonowania ma także odkrywana przeze mnie w ostatnich latach relacja do samej/samego siebie, owo JA+JA, które sprawia, jak reagujemy na ludzi i świat wokół nas (z namysłu nad tą relacją wzięły się warsztaty “Złap życie”).

Ta strona zainspiruje Cię, jeśli:

  • Pragniesz nawiązywać dobre i lepsze realacje z ludźmi najbliżej Ciebie;
  • Tęsknisz za spójnym życiem, w którym jest czas na sensowne działanie i odpoczynek;
  • Jesteś mamą, która ma kłopot z zatroszczeniem się o własne potrzeby;
  • Jesteś tatą i doświadczasz rozdarcia między życiem osobistym i pracą, które powoduje napięcie i wymaga od Ciebie wiele energii;
  • Pracujesz w zespole albo jesteś liderem, i chcesz tworzyć wartościowe, oparte na szacunku środowisko Twojej organizacji.

Tworząc książkę – „Raz się żyje. Przewodnik po work-life balance”, nie mówiliśmy, że work-life balance nie istnieje, choć to ostatnio bardzo modne. Człowiek jest jeden i cały, efektywny tylko wtedy, jeśli jest spójny; zdecydowanie jednak życie składa się z wielu sfer, z których każda wymaga pielęgnowania. Wierzę głęboko, że “sukces” odnosi cały człowiek. Dlatego warto naprawdę dobrze go zdefiniować. Na tej drodze liczą się kroki, które sprawią, że za kilka czy kilkadziesiąt lat nie będziemy mieli poczucia straty i żalu z powodu tego, czego nie udało się nam dokonać.

O mnie

Od 2002 roku jestem szczęśliwą żoną, a potem mamą trójki dzieci w wieku od nastolatki do dwulatka. Skończyłam filologię angielską na Uniwersytecie Wrocławskim i przez wiele lat zajmowałam się towarzyszeniem – szczególnie osobom dorosłym – w poznawaniu języka angielskiego, jednocześnie zajmując się problemami powiązanymi z zarządzaniem i pracą zespołową. W roku 2011 zaczęłam współpracę z Fundacją Pomoc Rodzinie, gdzie po szkoleniu wraz z mężem wspieraliśmy prowadzenie programów warsztatowych dla małżeństw jako para trenerska. Stopniowo zaczęłam także wspomagać swoim doświadczeniem szkolenia kolejnych trenerów oraz projektować nowe warsztaty, pomagające zrozumieć rozmaite aspekty naszego funkcjonowania w relacjach.

W roku 2016 ukazała się książka “Raz się żyje. Przewodnik po work-life balance”, do której wspólnego pisania zaprosiłam ks. Jarosława Szymczaka – współtwórcę Programów Fundacji Pomoc Rodzinie i człowieka o ogromnym doświadczeniu w pracy z małżonkami, również w głębokich kryzysach. W 2017 roku zaczęłam także naukę w Szkole Trenerów Biznesu Grupy SET, by wzmocnić i uporządkować metodologię pracy.

W marcu 2017 roku ukończyłam pracę nad programem warsztatowym dla żon i mam pt. “Złap życie” i  z kolejnymi grupami kobiet, biorącymi w nich udział, wyruszam w podróż do znalezienia osobistej drogi realizacji siebie w jak najbardziej wszechstronnym sensie tego słowa.

Moją pasją jest pisanie. Jestem autorką i założycielką kliku blogów i setek wpisów na nich, a także artykułów dla portalu Aleteia.pl oraz czasopism. Jednak jak na pisarza – noszę w sobie wielkie pragnienie spotkania z człowiekiem i odkrywania tego, czego jeszcze jako ludzie możemy się nauczyć. W pisaniu odnajduję skupienie, w spotkaniu z człowiekiem – piękno wzajemnego obdarowania.

Jak na pewno nie zbudujemy autorytetu

Byłam u lekarza specjalisty. Lekarka w wieku przedemerytalnym od mojego wejścia działała z pozycji przewagi. Zaznaczyła na wstępie, ile mamy czasu i jak bardzo mało, więc powinnam się spieszyć (ok, wiem, ile trwa wizyta, więc nie było to potrzebne). Używała mądrych słów i poprawiała co drugie moje. Zaznaczyła z góry, że nie da mi skierowania, po czym jednak mi dała – tak, że poczułam się jak ułaskawiony po namyśle skazaniec. Ponieważ jestem ogromnie ciekawa ludzi, próbowałam zajrzeć do środka, przeniknąć pod nienaganny manicure i wszystko w ogóle na kant. Dlaczego tak? Dlaczego daje mi wszelkimi sposobami poczuć, jaka jestem malutka?

Zastanawiałam się, czy w środku pani doktor nie siedzi mała dziewczynka z wielkim plakatem: “szanuj mnie”. Która z wielkiego strachu przed byciem niedoskonałą szuka drogi na udowodnienie swojej kompetencji, wiedzy, przewagi. Nie wiem, czy tak było naprawdę, ale pomyślałam, że te wszystkie zachowania, które pod koniec mojej wizyty były już na granicy zwykłej arogancji, miały zbudować AUTORYTET.

To, co uwielbiam w pracy trenera – to że w niej od początku uczysz się, że nie chodzi o ciebie. Nie chodzi o punktowy reflektor na twoją osobę i show, który wbije w ziemię uczestników warsztatów czy szkolenia. Od pierwszych zajęć uczysz się, że autorytet buduje uwaga skupiona na uczestniku. Jego potrzebach, lękach i dylematach. Bo twój sukces to moment, gdy drugi człowiek odkrywa i uruchamia własne zasoby. To, co już ma, co może udoskonalić, co jest w zasięgu jego ręki. Z twoją pomocą.

Autorytet rodzi się wtedy, gdy zależy ci nie na swoim PR-ze czy udowodnieniu swoich kompetencji, ale na drugim człowieku. Taki paradoks. Im bardziej znikasz, tym bardziej jesteś. Nie jako specjalista i guru, na którego patrząc, trzeba zadzierać mocno głowę, ale jako osoba godna zaufania, bo z intencją usłużenia człowiekowi, który po coś do ciebie przychodzi.

Małgorzata Rybak

Szacunek

Od dłuższego czasu – zapytana o to, co jest dla mnie fundamentalne w budowaniu relacji, odpowiedziałabym, że szacunek. Aplikowany we wszystkich konfiguracjach. W miejscu pracy, przywództwie, w wychowywaniu dzieci i w małżeństwie. To postawa przeciwna przewadze, budowaniu siebie i swojego autorytetu kosztem drugiego, narzucania własnych wartości i wizji świata drugiej osobie. Dodatkowo szacunek wyodrębnia przestrzeń bezpieczeństwa dla mnie samej – to orędownik dżentelmeńskich umów (które nie będą kompromisami, zmuszającymi do wiecznych, przynoszących szkodę ustępstw), słowności, a także możliwości powiedzenia “nie”, by chronić to, co dla mnie samej fundamentalne.

Wczoraj na Aleteia Polska ukazał się ostatni z cyklu trzech tekstów o wierze, małżeństwie i trudnych obszarach na styku tych dwóch rzeczywistości. Tym razem piszę o modlitwie – i o szacunku dla faktu, że druga osoba w małżeństwie przeżywa swoją relację z Bogiem inaczej. Zapraszam serdecznie do lektury (KLIK).

Małgorzata Rybak

Umyłam okna

Umyłam wczoraj okna w kuchni. Niewiele było przez nie już widać, a piękna, letnia pogoda podsunęła pomysł. Że mogłabym to zrobić.

Dla nas, kobiet, dom łatwo może stać się poligonem przymusów. Stąd przekazywane przez pokolenia listy rzeczy, które TRZEBA zrobić – przed świętami, przed wizytą gości, przed długim weekendem i przed końcem świata. Rozmawiamy o tym na warsztatach, że nie warto dziedziczyć przymusów bezrefleksyjnie. W ogóle nie warto, by życiem rządził przymus. Lepsze do tego są wartości, które wybieram.

Umyłam więc wczoraj okna w kuchni. Sprawiło mi to radość. Trwało to chwilę dłużej niż kwadrans, jak założyłam, i radości z ciepła, słońca i nowej przezroczystości szyb towarzyszyła też radość, że to ostatnie mycie okien w tym roku. Bo na liście przygotowań do Bożego Narodzenia od dawna ten punkt już w naszym domu nie istnieje. Za dużo okien, za dużo nas w tej rodzinie – i każdy ma swoje ważne sprawy i potrzeby. Za dużo innych ważnych spraw przed Świętami. Może też zbyt wiele doświadczeń przerobionych na sobie, jak przygotowania do Bożego Narodzenia mogą skasować same Święta. I Świąt już potem nie ma, bo zastają one w domu zmęczonych i poranionych wzajemnymi frustracjami ludzi.

Od kiedy czujnie tropię, o czym mówi mi słowo “muszę”, pojawiające się w mojej głowie, znajduję w życiu o wiele więcej wolności. Prawdziwy przymus zostawiam temu, co mówi moje serce w sprawach, które w swoim życiu postawiłam na czubku hierarchii. Na pewno są tam więzi z najbliższymi, uczciwość, wzajemny szacunek i granice. Dlatego w każdym “muszę” szukam, czy naprawdę i dlaczego tego chcę. Chcę spędzić czas z najmłodszym synkiem na dworze, bo widzę tego wartość, a nie dlatego, że muszę. Chcę jechać po dzieci do szkoły, ale nie robię tego, bo mi ktoś każe, ani też dlatego, że naszym życiem rządzi grafik. Mogłabym wynająć szofera i zdelegować na niego także rozmowę o tym, co wydarzyło się w szkole, ale nie chcę. Bo czas wspólnej jazdy do domu jest dla mnie ważny. Nawet jeśli ze zmęczenia słuchamy tylko razem radia.

Co chcesz zrobić dzisiaj? 🙂

Małgorzata Rybak

 

Nie wypruwaj sobie flaków

To był dobry weekend. Temperatury letnie, wycieczka rowerowa w pobliskie ruiny tego, co było kiedyś “Śląskim Windsorem”, zanim Armia Czerwona spaliła, a władze PRL rozebrały resztki pozostałe z pożaru. Film obejrzany z Boskim, wspólne spacery. Niedziela zakończona wieczorną nauką ze średnim synem, bo zasyp sprawdzianów.

Czemu o tym piszę? Cały czas nurtuje mnie podnoszone przez osoby żyjące w rodzinach pytanie, czy rodzice miewają czas wolny. I przyszło mi do głowy, że ogromnie wiele zależy od sposobu zarządzania naszą energią w ogóle. Jeśli moja praca – albo to, jak ją układam – zabiera mi wszelką energię i wymaga ode mnie cudów (czytaj: “ja także wymagam od siebie cudów”), to stosunek do czasu wolnego będzie zawsze w pewien sposób obciążony. Skoro jadę na energetycznym debecie i jestem pozbawiona/y fundamentalnej troski o siebie, to w strefie domu zostaje mi samoobrona*. “Dajcie mi wszyscy spokój”. Nie, nie dlatego, że jestem złą mamą/złym tatą. Po prostu nie mam na koncie zasobów już nic, a nawet zapożyczyłem się. Deifyct snu z czasem przeradza się w bezsenność, bo dzień nie ma już żadnych zdrowych marginesów, rytualnych dobrych chwil na wyciszenie. Potem nie da się już nadrobić strat. Nawet gdyby przespać całą sobotę i niedzielę.

Wiem, wiem, że tak wiele spraw musimy podejmować i że można zarzucić mi idealizm, ale naprawdę wiele porządkują zdrowe granice. Granice dla nadgodzin, dla kolejnego zaangażowania w jakiś projekt społeczny, a czasami nawet dla czyjejś prośby o przysługę. Nie dlatego, że mamy być egoistami. Jeśli jednak ta dodatkowa rzecz, która ma mi zabrać kwadrans (w wyobrażeniu proszącego o kolejną “drobnostkę”) czy dwie godziny (bo w końcu na tyle mojego wkładu się to przełoży realnie) sprawi, że dla ludzi najważniejszych i najbliższych pozostanie mi tylko owa “samoobrona”, to może naprawdę nie warto. Może zamiast brać więcej, lepiej brać na siebie mniej.

Przez kolejne dni tygodnia. Żeby weekend nie uruchamiał we mnie jedynie instynktu przetrwania, ale pozwalał budować więzi, zwolnić tempo, przeżyć przygodę i… zgodzić się na to, że nie będzie egoistycznym odebraniem nagrody świętego spokoju za wypruwanie sobie przysłowiowych flaków przez cały tydzień.

Chroń swoje wnętrze. Nie wypruwaj.

Małgorzata Rybak

*Zainspirowało mnie sformułowanie “samoobrona”, na jakie natknęłam się w książce Shauny Niequist Piękne życie – pozycji, którą można by nazwać osobistym pamiętnikiem nawróconej pracoholiczki. Bardzo polecam.

W Zgierzu też może być pięknie

W ciągu ostatniej dekady pojęcie work-life balance w zasadzie skazano na banicję, mówiąc, że równowaga jest niepotrzebna. Liczy się życie z pasją, życie szczęśliwe, jedno, całe, w wielu rolach.

Widzę w tym sens. Jednocześnie zastanwiam się, czym mierzy się tę pasję i czym się ją zasila. I w którym momencie całodobowy pasjonat trafia na ER (po polsku: SOR) ze stanem niewydolności organizamu, bo zabrakło zasilania. Czy pasja to emocjonalny high, czy robienie wyłacznie tego, co lubię (co zrobić, jesli niektóre rzeczy do zrobienia są przykre, jak wynoszenie śmieci albo trudny moment w pracy?), czy dzielenie się ze światem tym, co najbardziej umiem?

Czytaj dalej

Co JA mogę?

Dziś uchylam rąbka tego, co dzieje się między spotkaniami w ramach cyklu warsztatowego “Złap życie”: uczestniczki otrzymują graficzne upominki – pocztówki z myślą, pytaniem, czasami zadaniem, które wraca do tematyki spotkań.

Dzisiejszy dzień jest zachętą do szukania swojej strefy wpływu – zamiast wydatkowania energii, a nieraz wręcz rujnowania siebie, na rzecz spraw, na które naprawdę nie mamy żadnego wpływu. Są to myśli i zachowania innych ludzi, pogoda, system podatkowy itd. Strefa wpływu zwraca nas samym sobie i pozwala cieszyć się wolnością bycia kimś sprawczym i odpowiedzialnym za to, co naprawdę leży w mojej mocy. A są to na pewno moje własne działania, myśli i postawy.

W dzisiejszej pocztówkowej korespondencji namawiam więc do wypróbowania takiej strategii – zwłaszcza w odniesieniu do trudnych ludzi czy sytuacji: daj to, co chcesz dostać. Jeśli pragniesz szacunku, okaż szacunek. Jeśli chcesz usłyszeć słowo docenienia – doceniaj. Jeśli chcesz więcej zaufania – okaż zaufanie. Jeśli uważasz, że widzisz duży problem – zaproponuj rozwiązanie. Ta taktyka zmienia nasze środowisko – dlatego, że to my się zmieniamy. Życzliwość pociąga życzliwość.

A jeśli mimo to trafiasz na ścianę z betonu… to przynajmniej Ty pozostajesz siewcą dobra. Jeśli wypróbowałaś/łeś wszystkiego i nie da się zmienić nic np. w toksycznej sytuacji w pracy, gdzie nie masz wpływu na panujące zasady, ponieważ ich nie ustalasz – pamiętaj, “nie jesteś drzewem” (widziałam gdzieś takie świetne zdanie). Nie masz korzeni, które muszą Ciebie trzymać w destrukcyjnym miejscu. Czasem świadomość, że “mogę tu być, ale nie muszę“, pomaga podjąć dobre wybory.

Małgorzata Rybak

Nie ma tu dla Ciebie miejsca

Odrzucani bywamy na wiele sposobów. Znam przypadek, gdy dziewczyna odchodząc od chłopaka zostawiła mu list pożegnalny z wypunktowanymi wszystkimi wadami i sugestiami do pracy nad sobą. Dodam, że chłopak nie był wcale gamoniem, wręcz przeciwnie, górna półka człowieczeństwa. Po prostu nie przypasował oczekiwaniom. Wina za brak sukcesu związku na rozstaju dróg została jednak scedowana na niego.

Czytaj dalej

Przestrzeń dla siebie

Każde małżeństwo, które przekonało się, że relacja pozbawiona inwestycji troski i czasu podupada na zdrowiu, w związku z czym trzeba ją systematycznie zasilać, wie, że do jej dobrej kondycji potrzebne są rytuały.* Czyli takie konkretne działania, które nie są wypadkową innych obowiązków czy punktów kalendarza (przez co może nie zostać na nie już czasu), ale przeciwnie: choćby trąba powietrzna zrywała nam dach z głowy (taka metafora), pijemy w sobotę rano razem kawę. Niektórzy osiągają na tym polu prawdziwe szczyty specjalizacji, jak regularne wychodzenie razem na randkę czy wspólny wyjazd (bez dzieci). Osobiście myślę, że nie do końca jest ważne, co to jest, ale by to było tylko “nasze”, wyjątkowe i chronione.

Czytaj dalej

Tam, gdzie słońce nie dochodzi

Dzieci okradają nas z czasu? Drenują energię? Czy coś nam dają? Jeden weekend przyniósł aż dwie perspektywy.

Pierwsza wybrzmiała, gdy ktoś cytował żartobliwy styl wypowiadania się kolegi na temat własnych pociech: “piep…ne bachory”. Powiem szczerze, że rozumiem, iż miało być smiesznie, ale gdy słuchałam tego, rozbolały mnie zęby. Bardzo brutalny żart. Implikacja, nawet  żartobiliwa, jest jasna. Dzieci to te przeszkadzajki, które zastajemy w domu po pracy jako jakieś zewnętrzne od nas okoliczności, które nie dają odpocząć, skupić myśli, odebrać nagrody świętego spokoju za efektywnie wypełnione zadania służbowe czy też generalnie za przetrwanie kłopotów, z jakimi w biurze/szpitalu/firmie przyszło się zmierzyć. Do tego jeszcze mają jakąś swoją wolę, żądania i sprawy, które tylko pogłebiają destrukcję idylli, w jakiej moglibyśmy brać udział, gdyby nie one. No i skoro “bachory”, to jakby jednak nie nasze. Pojawiły się przez zaskoczenie i nikt nie przypuszczał, ile z tym będzie wiązało się kłopotów.

Czytaj dalej

Kontakt

E-mail: malgorzata.anna.rybak@gmail.com

+48 606 248 437