Moje cztery tysiące tygodni

Moje cztery tysiące tygodni

Wybieram drogę do szpitala przez zieleń. Przez pola, przez drogi bite brukiem sto lat temu. Nie przez arterie miasta.

To rutynowa wizyta anestezjologiczna przed raczej rutynowym zabiegiem. Raczej, bo wiadomo. Czasem rutynowe badania nie przynoszą pozytywnych wyników.

Nie, żebym była pesymistką, towarzyszy mi jedynie realizm.

W grupie rozwojowej o relacji z czasem zanurzam się sporo w piękne filozoficznie książki Olivera Burkemana, autora koncepcji „czterech tysięcy tygodni”. Tak obliczył średnio długość naszego życia.

Jak Wam już pisałam, od dawna ta skończoność nie jest dla mnie tematem tabu.

Lepiej o niej wiedzieć, niż nie wiedzieć. Podobnie jak lepiej mieć oczy otwarte na to, co trudne i budować najlepsze życie pomimo, a czasem dzięki temu.

Gdy budzę się rano z myślą o czterech tysiącach tygodni, wiem, że już każdą rzecz tego dnia mogę (jeszcze), a nie muszę.

Mogę wstać, mogę umyć zęby moją śliczną różową szczoteczką. Mogę kupić różową szczoteczkę i trzymać na umywalce mydło w kształcie róży z cudnie wyciętymi płatkami (prezent od jednej z kobiet z Kręgu).

Mogę zrobić najmłodszemu synowi śniadanie, bo jeszcze ma jedenaście lat.

Mogę wyrzucać niepotrzebne rzeczy, żeby kiedyś moje dzieci nie musiały wynajmować spychacza, żeby uporządkować moją spuściznę.

Mogę tańczyć i położyć się na pół godziny po południu.

Mogę pracować. Prowadzić sesje, grupy rozwojowe i pisać.

Mogę nawet wysyłać papiery do biura księgowego, choć tak tego nie lubię.

Mogę się uczyć (choć gdy w Szkole Psychoterapii podpisuję umowę o pierwszym czy kolejnym etapie szkolenia na kilkadziesiąt tysięcy złotych, pytam, czy w razie mojej śmierci rodzina będzie musiała spłacić należność do końca – na szczęście nie).

Wizyta u anastezjologa trwa kwadrans. Jechałam w jedną stronę prawie godzinę.

To nic.

Lubię zabierać siebie w drogę, zmieniać biegi, wjeżdżać na ronda, słuchać muzyki, myśleć o życiu, w czasie moich czterech tysięcy tygodni.

Bądźcie dobrzy dla siebie

Małgosia