Wiem, że to zdanie, które ma dodawać otuchy, ale wiecie co? Nie przepadam za nim. Jest dla mnie coś smutnego w „trzymaj się!”.
Może dlatego, że tak wiele razy musiałam się trzymać, gdy było to niemożliwe. By wszystkie swoje cierpiące i rozpadające się kawałki własnymi rękami powstrzymać przed rozsypaniem. I mam takie myśli, że „trzymaj się” nie zawsze wspiera.
„Trzymaj się” nie wspiera, gdy znaczy „poradź sobie sama”.
„Trzymaj się” nie pomaga, gdy to tylko inna forma słów „nie potrzebuj”.
„Trzymaj się” nie wspiera, gdy znaczy „musisz wytrzymać coś, co ci nie służy” – bez pytania, czy nie da się wszystkiego pomyśleć i zrobić inaczej.
„Trzymaj się” niesie w sobie smutek pustki, gdy znaczy „daj mi znać, jak już sobie ze wszystkim poradzisz”.
Może nauczyliśmy się już tak trzymać, że nie przychodzi nam nawet do głowy, że potrzebujemy czegoś zupełnie innego – by móc potrzymać kogoś za rękę. I by tych rąk było wiele. By można się było trzymać dlatego, że blisko są dłonie, które w razie czego można poczuć w swoich.
Pamiętam pielęgniarkę, którą podczas zabiegu chirurgicznego na ostrym dyżurze zapytałam: „czy mogę panią potrzymać za rękę?”. A ona podała mi dłoń i stanęła bardzo blisko mnie, tak, że mogłam oprzeć głowę o jej fartuch. I wsiąkały w niego moje łzy. Spędziłyśmy w jednym pomieszczeniu tylko może 10 minut, a ten jej gest został we mnie do dzisiaj.
Trzymanie za rękę nie znaczy, że trzeba coś robić. To znak, że jestem obok przy tobie. W akceptacji, życzliwości, a czasem bezradności. Ale jesteś dla mnie kimś ważnym. I nie musisz się przy mnie trzymać.
m
#bliskosiebie #bliskodrugiego
Wiele razy zdarzyło mi się pisać „trzymaj się” do kogoś w jego trudnych chwilach… Co wtedy miałam na myśli? Co chciałam przekazać?
Są takie doświadczenia, w których nie chodzi o „danie rady”, ale o przeżywanie. Trzeba przeżyć w rozumieniu przeżywania, a nie przetrwania. Kiedy pisałam „trzymaj się”, chciałam powiedzieć: przeżywaj, idź naprzód w swoim przeżywaniu. W psalmach są takie słowa: zaufaj serce me, bo jeszcze Go będę wysławiać. I ja chyba to mam na myśli kiedy mówię: trzymaj się. Ściskam mocno.
Dziękuję Ci, że się dzielisz <3 Ja sobie myślę, że to "trzymaj się", o którym piszesz, jest czymś innym niż ten rodzaj "trzymaj się", który ja mam na myśli. Przychodzi mi do głowy taki obrazek, który widziałam niedawno, z podpisem: "Czym innym jest usłyszeć MIEJ ODWAGĘ od kogoś, kto spycha cię z przepaści w nadziei, że polecisz, a czym innym od kogoś, kto otwiera swoje ramiona albo podaje dłoń". I to dla mnie chyba jest ta właśnie różnica...
Kilka dni temu mojej kuzynce zmarł mąż, kiedy akurat przebywała za granicą. Kiedy zadzwoniła dzisiaj do mnie w podzięce za mszę świętą w intencji zmarłego Męża miałem ogromną pokusę, aby powiedzieć jej coś w rodzaju „trzymaj się mocno Jezusa”, lub „nie poddawaj się”. Powiedziałem jej, że żadne moje słowa nie są w stanie wyrazić bólu jaki musi teraz nosić w sercu. Chciała się wygadać; przypomniałem o ogromnej dobroci jaką odziedziczyła już od swojej mamy a mojej cioci. Zresztą tak jak kuzynka przechodzi teraz żałobę po zmarłym mężu tak pamiętała, że jeszcze kilka lat temu to ona była przy mnie jak opłakiwałem swoją mamę. Cierpienie boli, ale ma też moc łączyć tylko nie pozwólmy, aby to słowa wzięły wtedy górę, nawet jeśli będą najbardziej pobożne. Wystarczy spojrzenie, dotyk dłoni.
dziękuję za to, że wnosisz wątek bezradności – mam poczucie, że opowiedzenie o niej także wspiera bardziej, niż doradzanie i wiedzenie za kogoś lepiej…