Od schyłku sierpnia chodzę z tym słowem. Także za nim i po jego śladach.
„Adaptacja” wzięła się z łacińskiego „ad” („do”) i „aptus” („sprawny”, „zdolny”, „właściwy” – chyba tak to można przetłumaczyć najbliżej, choć przyznam, że bardzo w uszach mi dźwięczy angielskie piękne słowo „apt”, które kojarzy mi się ze stanem zasobności, gotowości na wyzwania).
Adaptacja to nie jest to samo co „dopasowanie”. Do wymagań, okoliczności, oczekiwań innych ludzi. Dopasowanie oznacza, że musimy zrezygnować z ważnych cząstek nas samych. Włożyć siebie do foremki i poobcinać to, co wystaje. Złożyć w ofierze to, co w nas żywe i ważne.
Adaptacja to taki rodzaj przystosowania do nowych okoliczności, w którym cały nasz system może budować kontakt z własnymi zasobami (albo rozwijać nowe) – po to, by JAK NAJLEPIEJ odnaleźć się w nowej sytuacji.
Byśmy mogli przejść od stanu niepewności i dyskomfortu do jakiegoś optymalnego funkcjonowania. Również ze wsparciem, które przychodzi z zewnątrz.
Kiedy oczekiwań jest zbyt wiele, wymagania są za duże, zmiany zbyt liczne i dziejące się za szybko – a wsparcia nie ma – możemy co najwyżej wejść w stan przetrwania. A w przetrwaniu liczy się dopasowanie. Kosztem siebie. Bo przetrwanie jest o tym, żeby trudne okoliczności jakkolwiek wytrzymać, kurcząc siebie.
„Zaadaptowany” to nie „złamany”.
W adaptacji możemy spojrzeć na siebie samych z szacunkiem i miłością – i, odpowiadając na nowe okoliczności, zachować to, co dla nas ważne. Co czyni nas nami, a nie innymi ludźmi.
Kiedy możemy zachować dostęp do swoich talentów i dać im rozkwitać, otoczyć zaś opieką miejsca wrażliwe i nie musieć ich poświęcać.
[to mój tekst sprzed roku, nadal aktualny]Cieszę się bardzo, że zaczynam wrzesień i wrześniowe wzywania razem z grupą rozwojową, zajmującą się relacją z ciałem. I daję znać, że pod koniec października wystartuje grupa, w której będziemy uczyć się radzenia sobie ze stresem.
Bądźcie dobrzy dla siebie 💚
Małgosia