Gdy wróciliśmy znad Lago di Garda i okazało się, że w Polsce jest już o 15 stopni mniej, pada deszcz, słońce zachodzi już znacznie wcześniej, a w marketach półki wypełniają zeszyty szkolne, przyszedł do mnie najpierw ścisk w żołądku i uczucie zimna, nie tylko z zewnątrz, ale i od środka. Energia zaczęła uciekać, a to wyzwania i zadania spadać lawinowo. I przyszło do mnie wtedy słowo: „adaptacja”.
Kojarzy mi się ze skierowaniem życzliwej uwagi na siebie. Na bliskich ludzi wokół mnie. Z zauważaniem, że coś się zmienia i w związku z tym w nas także coś ważnego dzieje. Może to być coś trudnego albo dużo dzieje się na raz.
Słowo „adaptacja” przypomina o łagodności dla siebie. O szacunku dla świata wewnętrznego. Jest przeciwieństwem działania z automatu. Zaprasza do zwolnienia tempa, gdy cały świat trąbi, że właśnie przyspieszamy.
W pośpiechu dużo umyka. Rozsypuje się. Gubi. W pośpiechu coś kruchego i delikatnego cierpi, bo pośpiech jest niewrażliwy i bezduszny. Często zresztą nawet już nie pamięta, gdzie i dlaczego za wszelką cenę musi zdążyć.
O adaptacji wrześniowej napisałam swój tekst dla Aletei [KLIK].
Życząc sobie i Wam ciepła i mądrości, by trzymać siebie za rękę, dodawać sobie otuchy i siebie nie zgubić.
Bądźcie dobrzy dla siebie
M
Fot. Caroline Hernandez / Unsplash