Czasem może się mylić, że „radzić sobie” to „nie potrzebować innych”. Albo „robić wszystko samemu”. Jakby rozdawano medale samowystarczalnym. Jakby drugi człowiek coś nam umniejszał, a nie pomnażał. Jakby była dostępna w przyrodzie taka opcja, że człowiek może istnieć od początku do końca pojedynczo. A tymczasem niemowlęta przychodząc na świat potrzebują kołysania mamy, by zasypiać, trawić i regulować emocje. I gdy dorastamy, to nie po to, by zamieniać się w samotne wyspy.
Samowystarczalność ma ogromną cenę. Jakie koszty Wam przychodzą do głowy? Mi nasuwa się osamotnienie, wieczny stres, przemęczenie, zaplątanie we własne myśli.
Czy to znaczy, że radość z radzenia sobie samemu jest jakaś nie na miejscu? Nie, przecież i dzieci pękają z dumy, gdy mówią „sam!”.
Może więc chodzi o wolność. Wolność wybierania między autonomią, a zależnością. Wolność wyboru, kiedy chcę próbować sam(a), a kiedy prosić o pomoc. Kiedy współdziałać, by wzajemnego ubogacenia było jeszcze więcej.
Po ostatnim tekście o radzeniu sobie dostałam od kolegi sms-a, w którym napisał: „pierwsze skojarzenie do radzić sobie – to dać sobie dobrą radę”. Z życzliwością dla siebie wybierać to, co służy.
m
#bliskosiebie #bliskodrugiego