Błogosławieństwo schodów

Błogosławieństwo schodów

Od kiedy usłyszałam ze dwa lata temu na jednym z kursów Gosi Stańczyk (o zachęcaniu dzieci do współpracy), że proszeniu dzieci o cokolwiek bardzo nie sprzyja krzyczenie z pokoju do pokoju, przyznaję rację temu stwierdzeniu. I eksperymenty w tej dziedzinie mnie w tym utwierdzają. Zauważam, że gdy nabieram w płuca  powietrze, by wykrzyknąć imiona dzieci z dodaniem linijki, że na przykład „obiad”, zwiększa się moje napięcie i podnosi mi się ciśnienie. A gdy po wykrzyczeniu w kosmos tej informacji nie ma na nią odzewu, galopująco przybywają myśli z półki: „nie szanują mnie”, „ja tu się staram, a…” (tu przypominają mi się słowa nauczycielki historii z liceum: „ja wam robię na rękę, a wy mi wbrew” 😉 ), „nikt się mną nie przejmuje”, itp. itd. Jak wiadomo, krzyczenie głośniej sprawia, że napięcia jest jeszcze więcej. Nie tylko u mnie. U dzieci też. Bo często gdy już usłyszą, odpowiedź jest także w górnych rejestrach decybeli. Trochę się wszystkim odechciewa jeść, a ja już nie pamiętam, po co to wszystko robiłam i że miało być PYSZNIE i FAJNIE.

I pamiętam słowa Gosi o tym, że po to, by komuś coś powiedzieć, dobrze najpierw złapać z nim kontakt. Zobaczyć siebie nawzajem, dotknąć. Po drugie dzieciom, dokładnie tak samo jak nam, trudno jest przerywać to, co akurat robią, dokładnie „w tej chwili”. Więc to utopia, spodziewać się natychmiastowego reagowania. Może najpierw one potrzebują zobaczenia, w czym są.

Zauważyłam jeszcze coś. Że ogólnie bardzo dobrze mi robi wybranie się na wycieczkę do pokojów naszych dzieci, bo dzielą mnie od nich schody. I kiedy idę, coś się transformuje. Zdanie wyjściowe w mojej głowie, które bywa szorstkie i z szuflady „nie szanuje”, „robi na złość” itp. itd, ma czas się zobiektywizować. „Nie wiem, co tam się dzieje”, „nie wiem, czy ktoś mnie słyszał”, „nie wiem, co u niego, u niej słychać”. Mogę jeszcze pomyśleć o tym, że te przykre refreny w mojej głowie mają swoje historie, które nic nie mają wspólnego z naszymi dziećmi. Przypominam sobie, że je kocham i jak jest im trudno w pandemii. I gdy w końcu pukam do drzwi i je otwieram, z moich ust może wyfrunąć „Hej, co tam u Ciebie?”, „Jak żyjesz?”, a nie „no wołam i wołam, obiad chcę dawać”.

Więc lubię te nasze schody. I dlatego, że ciało dzięki nim może ożyć w ruchu. I że po ich przejściu jestem często w zupełnie innym miejscu, niż zaczynałam. A to przecież tylko jedno piętro.

Bądźcie dobrzy dla siebie <3

M

Fot. Pixabay