Dziś ponoć „Blue Monday”, czyli wg statystyk najtrudniejszy dzień w roku – trzeci poniedziałek stycznia.
Ciepły i bliski klimat świąt odchodzi w zapomnienie (choć być może po grudniu zostają deficyty w budżecie), przeszliśmy już presję wielkiej sylwestrowej fety i szampańskiej zabawy, pokusę magicznej wiary w nowe i lepsze, szumu medialnego noworocznych postanowień lub ich braku.
Zajrzeliśmy w kalendarz, obudziliśmy się z myślą, że czas idzie tylko do przodu i zmieniają się cyfry.
Tak wiele nami potargało. Może został wstyd nad skurczem w żołądku i ilością obaw, które wiernie pozostały z nami. Niepokoi myśl, jakie nadejdzie to „nowe”, albo przeciwnie, gniecie lęk, co będzie, jeśli podtrzymamy tylko to, co stare.
Doświadczamy ludzkich uczuć. Znanych większości osób na naszej planecie. Możemy odetchnąć i uznać, że część naszych wyzwań jest naprawdę trudna. Możemy czuć w brzuchu wielkie pomieszanie.
„Na jednej z konferencji psychologicznych lata temu usłyszałam, że cierpienie psychiczne to coś, co dzieje się, gdy coś trudnego przydarza mi się w (postrzeganej lub realnej) samotności”, napisała kiedyś Sabina Sadecka.
Potrzebujemy w każdy blue i grey Monday wracać do najważniejszego: do więzi. Zawołać: „Hej, czuję się do dupy”. Zadzwonić, napisać sms-a – nie do jednej osoby, ale do pięciu. Jak jedna nie będzie miała czasu, a druga będzie w jeszcze większym unieruchomieniu niż Ty, to może trzecia odpowie. Jak nie dziś, to jutro, bo nawet nie wiemy, kto z czym walczy i ile ma zasobów. Warto odezwać się bez nierealnych oczekiwań znalezienia wszystkich odpowiedzi, ale z nadzieją na doświadczenie kontaktu i bliskości.
A jeśli jest bardzo źle, potrzeba odezwać się po fachowe wsparcie. Badania mówią, że wielu ludzi zaczyna czuć się lepiej już wtedy, gdy w kryzysie wykona krok umówienia wizyty u specjalisty.
Nie zapominajcie, bądźcie dobrzy dla siebie 🧡
M