W tym tworzeniu bezpieczeństwa dla dzieci i stawaniu się dla nich przystanią – mam poczucie, że tak bardzo przydaje się odpuszczanie. Na przykład własnej wizji – jak chciałabym, by wyglądała dana sytuacja, co „powinno” stać się po kolei, jakby musiało wyglądać moje „dawanie rady”, gdyby je miała ocenić teściowa, sąsiadka czy czasopismo parentingowe.
Narysowałam ostatnio mamę siedzącą boso na podłodze z dzieckiem w ramionach, i gdy się nad tym zastanawiam, to jakoś z tym mi się kojarzy gotowość na różne emocje dziecka i wspieranie bezpiecznego ich przeżycia. Wymaga to zrobienia światu pauzy. Wyłączenia „zdążania” i tworzenia w głowie idealnych obrazków z życia, w którym wszyscy są wyprasowani, wszystkie sentencje przewidywalne, interakcje według scenariuszy, a buty stoją na półce w szafce w równym szeregu. Jestem tak bardzo wdzięczna, że rodzicielstwo nauczyło mnie robienia w sobie miejsca na bałagan, zmianę planów, w ogóle inne myślenie o planowaniu (ile ulgi daje uznanie, że nie da się zrobić „dużo i szybko” z dziećmi, za to „mało i powoli” może być cudownie zwykłe i przytomne). I cieszę się z tych momentów, gdy mogę właśnie z poziomu dziecka, bliżej podłogi niż ideałów, i na boso, by nie wpadać z butami i tratować ważnych rzeczy, które się w dzieciach dzieją – towarzyszyć im (i sobie) w codzienności.
Czy łatwo jest tak? Mi na pewno łatwiej niż w rozdarciu między tym, co „powinno być” i jak jest. W tym trudnym czasie też znajduję wiele oddechu w przyjmowaniu tego, co jest i w niepozwalaniu, by prześladowało mnie „jak powinno być”.
m
#bliskosiebie #bliskodrugiego #bliskidom #potegaobecnosci
No tak, czasami to jak „powinno być” faktycznie prześladuje i przeszkadza.