Dzisiejszy dzień jest o ciele, które potrzebuje troski, uwagi i czułości.
Zostaje jednak potraktowane innymi gestami. Odebraniem wolności, oddzieleniem od bliskich ludzi, przemocą, poniżeniem, zawstydzeniem i torturami.
Tak jak można zobojętnieć na tą wielkopiątkową historię, bo słyszało się ją tyle razy, można zobojętnieć na własne ciało, jeśli tak wiele razy nikt go nie widział ani nie słyszał. Jeśli tak wiele razy nie pojawił się nikt z chustą ulgi, ze łzami współczucia, z gestem pomocy.
Dziś to ciało weźmie na siebie wszystko. Wytrzyma, ile „trzeba”. Ugnie się pod planem stulecia. Przełknie zgody na to, co nam nie pasuje (bo ktoś dostanie zawału, obrazi się albo uniesie brew). Nie wyda z siebie dźwięku protestu, gdy nie dostanie tego, czego potrzebuje (bo potrzebować to egoizm). Bo tak uwierzyliśmy.
Aż zawoła potężnym kryzysem, że tak się dalej nie da. Że to nieludzkie. Że chce naszej miłości.
Wierzę, że On bierze na siebie historie, które stoją za naszą rozłąką z własnym ciałem. Bierze na siebie tą cząstkę naszego serca, które od tych historii skamieniało i nie umie się nami przejąć. I kiedy przychodzą do nas chwile, że czujemy się na tym świecie zupełnie sami i nie umiemy nawet zawołać, żeby nas ktokolwiek w tej samotności znalazł – On mówi: „Wyryłem cię na obu mych dłoniach”. Niosłem twoje imię w sercu w każde miejsce, także to do końca pełne bólu i opuszczenia. I do dziś je niosę. I nic go z niego nie wyrwie.
Otwiera ramiona tak szeroko, że można wpaść jak dziecko i oddać ciężar własnego ciała, w końcu trzymanego*, a nie wiszącego w próżni.
Współczucie nas skleja, łączy porozrywane więzi, leczy nas od środka. Przywraca połączenie z własnym ciałem, które potrzebuje troski, uwagi i czułości – nie tortur i poniżenia.
Bądźcie dobrzy dla siebie
Małgosia
*trzymanie niemowląt pozwala na wytworzenie sieci połączeń neuronalnych, odpowiedzialnych za czucie własnego ciała, poczucie stabilności i bezpieczeństwa.