Jak wygląda coaching od kuchni?
Ta kuchnia potrzebuje być pełna wsparcia. Dlatego że w pracy wsparciowej – narzędziem jestem ja sama (och, nie cierpię mówienia o ludziach jak o narzędziach – ale to prawda: pracuję sobą i częściami siebie). Sobie więc potrzebuję poświęcić wiele troski. Po to, bym mogła pomieścić emocje klienta – a bywa tam i złość, i bezradność, i żal, i dezorientacja, i lęk. I bym mogła pomieścić także swoje własne uczucia – które rezonują, odzywają się w ciele i mogą wesprzeć proces, i te, które dzwonią dzwonami własnych trudnych historii, na dzwonnicach odległych od tego, co tu i teraz.
Potrzebuję wiele rąk, które będą mnie trzymać. Jestem w długoterminowej terapii własnej. Regularnie się superwizuję (pisałam o tym już kilka razy – że mam wspaniałego superwizora, który nim został akurat gdy ja stawiałam swoje pierwsze kroki na drodze coachingu). Co miesiąc biorę udział w grupie interwizyjnej – z innymi „po fachu”, z którymi mamy swój „pokój nauczycielski”, miejsce wzajemnego usłyszenia siebie i wsparcia. Z dwiema osobami z ostatniej, zakończonej w styczniu szkoły Coachingu Opartego na Potrzebach spotykamy się nadal, ćwicząc w parach – choć przecież już „nie musimy”. A jednak ćwiczenie to nie tylko możliwość zobaczenia coachingu oczami klienta, lecz również ważny przystanek przyjmowania wsparcia.
Wielką lekcją towarzyszenia jest dla mnie moja fizjoterapia, gdzie zadziewa się powolny proces uruchamiania ciała, które ma swoje historie do opowiedzenia i tylko z wielką cierpliwością można po kawałeczku je odkrywać.
Wspólną wartością wszystkich tych miejsc otrzymywania wsparcia jest pokora. Pomagają akceptować, że naprawdę mogę dla drugiego człowieka mało. Nie tyle, ile bym od siebie oczekiwała i pragnęła albo myślę, że jest potrzebne. I że to „mało” może być wystarczające. Że moja rola ma swoje granice (czasami potrzebne będzie coś zupełnie innego, czego ja nie mam, jak na przykład narzędzia pracy terapeutycznej). Że klient potrzebuje mojego „mało”, by mogło się zadziać jego „dużo”: odnajdowanie własnej drogi, własnej sprawczości, możliwości kierowania własnym życiem.
Dlatego nie przeczytasz o mnie nigdzie, że jestem różową tabletką na wszystko. Ale mogę wypić z Tobą herbatę, posłuchać Ciebie i powiedzieć Ci, co usłyszałam. Zapytać, czego chcesz. Co tu jest ważne. I sprawdzić, co jest możliwe.
Bądźcie dobrzy dla siebie i znajdujcie wsparcie, którego potrzebujecie, choćby ta droga potrzebowała obejścia niejednej wsi. Ale w końcu, jak powiedział ktoś mądry, chodzi przecież o nasze życie. <3
M
Fot. – kartka z książki Charliego Mackesy’ego pt. „Chłopiec, kret, lis i koń”
Coś jest absolutnie prawdziwego dla mnie w tym obrazku, który dołączyłaś. Chyba to sobie gdzieś zapiszę i powieszę w kuchni w ładnej ramce…
Dobre, nie?