W czasie, jaki mamy razem z drugim człowiekiem, może się wydarzyć bliskość*. Ale nie musi. Możemy być ze sobą w tym samym czasie i w tym samym miejscu – i nie pokonać odległości, która nas dzieli i jest tym bardziej bolesna, że wydaje się aż tak paradoksalnie niemożliwa. Czasem dopiero światła zapalane na grobach są próbą nadrobienia strat, okazania czułości, opowiedzenia o tęsknocie i o tym, że chcielibyśmy, żeby z połamanych historii zostało więcej poczucia spełnienia. Więcej gestów wzajemnego przyjęcia, więcej straconego razem czasu.
Kruchość czasu, jego ulotność, dlatego jest darem, że może dodawać nam odwagi. Mimo wszelkich własnych ograniczeń, zranień i wszystkiego, co nas zamyka, przemijanie nas przynagla do gestów bliskości. Do kubka herbaty podanego Ci nawet wtedy, gdy właśnie w czymś się nie-porozumieliśmy. Do tego, żeby zrobić coś odwrotnie i uznać, że „najpierw przyjemności” (wydzielane sobie jak czekolada na kartki w PRL-u), a „potem obowiązki” (które są zawsze i pod niewyczerpanym dostatkiem). Przemijanie pomaga stanąć bardzo blisko samej siebie i zgodzić się na szaleństwo kupna czerwonej sukienki mimo tego, co ludzie powiedzą, gdy przestaniemy być niewidzialni. Niepewność czasu przynagla do przytulenia Ciebie, gdy niczego innego nie potrafię wymyślić.
*jestem wdzięczna Mariuszowi Rogalskiemu za pokazanie mi różnicy między czasem i bliskością. To jedno zdanie bardzo we mnie zapadło. Więcej o tym piszę w książce „Wygrane małżeństwo. Jak ochronić miłość?”.
M
Fot. Erik Witsoe / Unsplash
