Niektóre komentarze pod moimi ostatnimi tekstami (na temat dowalania sobie i walki z sobą samym) odsłoniły ciekawe lęki i potrzeby. Pojęcie życzliwości dla siebie samego wzbudza podejrzenia, że to promocja pobłażliwości, bylejakości, braku energii, jaką daje w życiu gniew – nie wiem jeszcze, czego. Plus jeszcze koronny argument, który wraca po raz kolejny – że zajmuję się zbędnym psychologizowaniem.
Wierzę głęboko, że zrozumienie siebie jeszcze nikomu nie zaszkodziło, prędzej jego brak bywa niszczący dla człowieka i tego, co wokół siebie tworzy. Natomiast to, o czym pisuję, ma dla mnie wymiar codzienny.
Wczoraj około szesnastej mogłam się temu poprzyglądać. Wracałam z nastoletnią córką i naszym czterolatkiem ze sklepu. Po dniu, w którym mąż z synem pakowali się na narty, wnosząc swoje napięcia związane z poszukiwaniem po domu rozmaitych rzeczy. Po dniu, gdy odkryłam, że w aucie męża, które mi zostało, stoją kałuże rozmoczonego śniegu i siada akumulator, i nie wiadomo, jak my do nich w środę dojedziemy. W sklepie synek kompletnie się załamał (znaczy płakał i krzyczał), bo nie kupiłam mu zabawki, o jakiej marzył (była po prostu horrendalnie droga). Czułam się jak koń na Wielkiej Pardubickiej wiedząc, że wieczorem muszę jeszcze wyjść z domu, a w międzyczasie sprzątnąć auto, powiesić pranie i wstawić nowe, byśmy mieli co wziąć na wyjazd. Gdy wypakowywałyśmy z bagażnika zakupy, skacząc między kałużami, urwał mi się sześciopak mleka i z hukiem spadł na ziemię. Ten moment – to było właśnie o tyle za dużo. Chcąc sobie pomóc powiedziałam: „Ludzie, zaraz się rozpłaczę”. Na co córka powiedziała: „Możesz też wszystkich wokół ochrzanić”. Podziękowałam jej za ten wniosek, bo dokładnie tak to działa.
Złość na siebie w pierwszym odruchu domaga się tego, by podać ją dalej. Kiedy nie mam tego, czego bardzo potrzebuję, zaczynam obwiniać innych, komplikując swoją sytuację tym bardziej, bo odcinam się od więzi z innymi. Dlatego zamiast dowalania sobie tak potrzebne jest okazanie sobie współczucia i zrozumienia. Zaopiekowanie się sobą.
Gdy wejdzie w nawyk, wiele faktów można uprzedzić. Gdy się zostaje samemu z dwójką dzieci, można nie brać na siebie więcej, ale zobaczyć, czego może być mniej. Co można zaprosić fajnego i wspierającego, z jakiej pomocy skorzystać, co odpuścić. Gniew wtedy może pomóc mi zaprosić zmianę – co ja mogę zrobić inaczej, czemu powiedzieć „nie”, żeby było dobrze? A gdy nie da się uniknąć tego, co konieczne, mogę być ze sobą w zrozumieniu momentów, gdy jest mi trudno. Można ze sobą posiedzieć, pogadać, przytulić w sobie te części, które są zmęczone, zmartwione, przepełnione lękiem.
To jest naprawdę bardzo różne od wypinania piersi i spinania siedzenia w celu udowodnienia sobie i wszystkim, że jest się człowiekiem z żelaza. I zupełnie różne od pogardliwego odnoszenia się do swoich możliwości („jestem za słaba, beznadziejna, nie daję rady”, itd.). Z bycia blisko siebie rodzi się realistyczna ocena własnych możliwości, zachęta, zmotywowanie, uśmiech. Którego Wam gorąco życzę <3
M
Idąc za słowami Św.Tomasza z Akwinu: ” Panie…Zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji”.
Aha… sześciopak mleka-wystąp…nie wstyd ci ??!! 😉
No, trochę wstyd 😉