Czułość

Czułość

Czułość – słowo, które do mnie wróciło ostatnio w kilku miejscach kilka razy. Myślę, że często próbujemy wymyślić, czym ono jest lub powinno być względem kogoś drugiego, zanim poznamy to doświadczenie na sobie.

Łatwo sprawdzić – gdy tłucze się szklanka, upada łyżka, spóźniamy się na autobus, zapominamy o wywiadówce. Albo gdy mówimy coś głupiego. Albo robimy coś, co nam nie służy. I wtedy ta zrozpaczona i potrzebująca część nas rzadko może liczyć na czułość. Raczej dostaje razy, wymierzane sobie bezlitośnie w głowie. Że znowu źle. Że do niczego. Że nic z nas nigdy nie będzie.

Trzeba jej wtedy poszukać. Tej zrozpaczonej i biednej części, która znowu nie umiała. Która rozpada się na kawałki, chce się schować, uciec, umrzeć, zniknąć. Poszukać jej i ją przytulić.

I mówić do niej czule, jak do dziecka. Które nie musi być doskonałe i nie musi być „wizytówką swoich rodziców”. Które może czegoś nie umieć. Które pragnie być kochane.

Marshall Rosenberg pisze poruszająco o tym, że nawet jeśli zrobimy coś, czego naprawdę bardzo żałujemy, warto zaopiekować się obiema częściami nas – i tą, która czegoś nie umiała, i tą, która żałuje. Dopiero gdy zaopiekujemy swój żal i pobędziemy w nim przy sobie, możemy siebie pytać: „na czym Ci naprawdę zależy?”. I z tego miejsca podejmować decyzje, co możemy zrobić, żeby coś naprawić i jak byśmy chcieli próbować działać następnym razem. Bo gdy rozjedziemy siebie czołgiem „za karę”, na nic już nie starczy sił.

Gdy ze znajomymi rodzinami czytaliśmy ostatnio pierwszy rozdział Amrois Laetitia, uderzyło mnie, że czułość pojawia się także tam. I zabrałam sobie z niej taką myśl, że czułość to również „świadoma intymność” mamy wobec niemowlęcia.

I myślę, że skoro spędzamy z sobą samymi tak wiele czasu, to ta świadoma intymność może być traktowaniem siebie jak kogoś bliskiego i ważnego. A zarazem delikatnego, komu nie chcę dokładać ran.

m

#bliskosiebie #bliskodrugiego