Przez ostatnie lata zajmowało mnie bardzo odkrywanie relacji w małżeństwie – jako miejsca, w którym egoizm ustępuje pewnemu zaskoczeniu: że druga osoba jest oddzielna, że ślub nie daje prawa kierowania mężem czy żoną, że relacja odżywa, gdy pojawia się w niej szacunek i akceptacja dla inności drugiego. Pięknie opisywały to kroki Programu JA+TY=MY, z kulminacją, którą stanowił „dar z siebie”. Dar z siebie oznacza moment, w którym przestaję Ciebie rozliczać, a pytam siebie, co uczyni Cię szczęśliwym.
Jednocześnie to także trudny moment projektu JA+TY=MY: wydaje się, że wchodzimy w małżeństwo po to, by dostać to, czego nam w życiu brakuje, a dowiadujemy się, że trzeba nieustannie dawać z siebie wszystko, żeby relacja żyła. Nie opuszczała mnie intuicja, że to szczyty dla wybranych. Że świetny kierunek, ale może się okazać, że nie ma na taki stały wysiłek akumulatora. Że bywamy pełni pomysłów na obdarowanie drugiego, ale także często słabi i w potrzebie, zamknięci w swoich zmartwieniach i niezdolni do wielkich gestów. Gdy cokolwiek, nawet włożenie własnych ubrań do kosza na pranie, by druga strona nie musiała po nas sprzątać, wiele kosztuje. Że możemy dać raczej drugiemu „coś”, niż „wszystko” – bo „wszystkiego” możemy akurat nie mieć na stanie.
Dziś jestem pewna, że wyrazem równie wielkiej miłości do drugiego, jak tej, która kryje się w bezinteresownym darze, może być zaopiekowanie się sobą samym. Swoimi deficytami i miejscami zranionymi. Że żona dla dobra swojego męża, a mąż – dla dobra swojej żony – musi pokochać samą i samego siebie. Cierpliwie, wybaczająco, łagodnie i z wiarą w przemianę oraz wysiłek, który do niej prowadzi. Musi odszukać swoje miejsca słabe i zrozumieć je.
Tak często oczekujemy, że druga strona nas rozszyfruje. Zaspokoi głód troski, często niezaopiekowany przez całe lata naszego życia, gdy był największy – i to dawno, dawno przed poznaniem człowieka, z którym spędzę resztę życia. Ale przecież wiążąc się z drugim zaczynamy razem pisać historię, w której nie tyle książę uwolnił bezradną królewnę z wielkiej wieży, wchodząc tam po jej warkoczu, bo nie umiał się wspinać. To historia, w której dawno, dawno temu spotkało się dwoje zwykłych ludzi, pełnych talentów, zranień i niedostatków, i razem pięknie i powoli dojrzewali, biorąc odpowiedzialność za samych siebie. I im bardziej każde z nich rozumiało siebie samego i otaczało troską miejsca zranione, tym krótszą mieli do pokonania drogę do siebie nawzajem.
Małgorzata Rybak