Ostatnio, kiedy pytam siebie, lub ktoś inny mnie pyta, co dobrego zrobiłam dla siebie, przychodzi mi na myśl, że starałam się poczuć i przeżyć wszystko, co się dzieje we mnie. Szczególnie to, co trudne. Szczególnie smutek, bezradność, zawód, rozczarowanie. Gdy spodziewałam się „tak”, a przyszło „nie”. Gdy miało być jakoś, a jest zupełnie inaczej.
Moje wyuczone sposoby w tym temacie nie są konstruktywne. Potrafię dość sprawnie smutek za-pracować. Potrafię go za-krzyczeć, często krzycząc na siebie. Potrafię go zamrozić i popaść w bezruch, w którym świeci tylko blade, niebieskie światło i nawet zawołać o pomoc się nie da. Kiedyś łatwo przychodziło mi go za-jeść czekoladą, która po rozpuszczeniu się w ustach zostawiała gorzki żal. I poczucie, że to nie o to chodziło.
Uczę się więc, że traktowanie siebie dobrze oznacza traktowanie siebie poważnie. Nawet jeśli z tyłu głowy syczy myśl: „no chyba żartujesz, że ci jest przykro!”, „co, znowu coś ci nie pasuje?”, „o, jaka ty delikatna, gdzie ty kobieto na tym świecie miejsce dla siebie znajdziesz?”. I też taki głos: „działaj! rób! powiedz coś!”. Tylko czasem smutek przykleja język do gardła i utyka tam kluską. Nie wiadomo, co powiedzieć. I czasem ręce bezwiednie leżą na stole, i nic nie są w stanie zdziałać.
Wtedy wiem, że potrzebuję potraktować siebie poważnie. I poczuć.
Poczuć, jak mi przykro. Poczuć, jak z głębi brzucha ta przykrość, znajdując prawo do istnienia, wydobywa się na zewnątrz gorącymi łzami. I wydaje się, że będą płynąć jak Nil i kilometrom nie będzie końca. Staram się im nie przeszkadzać, bo gdy się spłoszą – znowu zostanie mi pustynia, na której nic żywego nie wyrośnie.
Myślę, że to jest dobroć dla siebie w formie mniej znanej. Przyjąć siebie z bólem, przyjąć siebie ze spuchniętą twarzą i smarkami wiszącymi z nosa. Przyjąć siebie tam, gdzie wydaje się, że nikt nie przyjmie. Pochylić się z czułością, jak nad płaczącym dzieckiem, które chcemy pocieszyć, a nie nawrzeszczeć na nie: „uspokój się!” – tak że szybko zapomni, co czuło. Włączy bajkę, zje batonik, i tylko kiwać się będzie na krześle. Nie takie spokojne, ale takie zamrożone i osamotnione.
Gdy wypłyną wszystkie łzy ze swoją opowieścią o niespełnionych potrzebach, mogę siebie zapytać, jak mogę się sobą teraz zaopiekować. Tu i teraz, z tym smutkiem. Czasem to będzie czas na spacer, a czasem na czekoladę, taką, która ma już inny smak. A potem, nie wiadomo jak, przychodzi też otucha. Przychodzą nowe siły. Lepsze myśli. Rzeczy, które można zrobić, choć wydawało się, że nic się nie da.
Dopiero na żywym gruncie serca, które poczuło swój smutek, pozwoliło mu przemówić, pobyć w sobie tyle, ile potrzebuje, by poczuł się widziany i zrozumiany – i odejść. Zająć swoje bezpieczne miejsce, gdzie można będzie go odwiedzać, ale nie zatopi całego życia.
Bądźcie dobrzy dla siebie
M
Traktować siebie poważnie. Traktować. Siebie. Poważnie.
Traktować
Siebie
Poważnie.
I jako absolutna kontra jakieś wewnętrzne wyryte w marmurze „Przesadzasz” jako odpowiedź na wszystko. Na smutek. Na złość. Na zmęczenie. Na irytację. Na żal. Na samotność. Na rozczarowanie.
Mam trójkę małych dzieci. Uczę się traktować je poważnie, żeby na ich marmurach byly inne napisy niż na moim. Co zrobić z moim? Małgosiu, teraz już wiem i dziękuję Ci. Po prostu
Traktować
Siebie
Poważnie.
tak, to jest takie wspierające, że one się uczą traktowania siebie poważnie gdy my zarówno ich, jak i siebie samych, tak traktujemy. Świat staje się spójny, jasny, uczciwy, z miejscem dla każdego.