Redakcja Aletei poprosiła mnie o napisanie tekstu o żalu, jakiego mogą doświadczać rodzice wraz z radykalną zmianą ich życia, gdy na świat przychodzą dzieci [TU – KLIK].
Tekst wywołał burzę w komentarzach na FB. Myślę, że niektórzy zbyt dosłownie potraktowali część tytułu, którą dodała od siebie Redakcja – „Mam dość dzieci”. I zrozumieli, że to coś przeciwko dzieciom.
Jest dokładnie odwrotnie. To jest tekst w obronie dzieci, które we własnej sprawie i we własnym domu niewiele mogą zdziałać, gdy rodzice są tak wykończeni, że przestają je widzieć albo zaczynają je krzywdzić.
Tak, można mieć dość – nie tyle dzieci, co wyczerpania, poczucia bezradności i tego, że się nie wie, jaki to dzień tygodnia. Wstawania w nocy, niemożności sprzątnięcia wielu miejsc na więcej niż kilka godzin, poczucia, że się robi wszystko źle, niedocierania do wielu tematów, szczątków życia społecznego, gdy dzieci na przykład tygodniami chorują.
Im bardziej to „dość” w nas jest tematem tabu i rzeczą, którą tłumimy, tym mniej możemy pomóc dzieciom i sobie. I o tym jest ten artykuł. O stawaniu się świadomym dorosłym, który umie zaopiekować siebie i nie przerzuca odpowiedzialności za swoje stany na dzieci albo je za nie karać.
Gdy dorosły wie i akceptuje, że ma „dość”, może coś z tym „dość” zrobić. Szukać dróg regeneracji, wiedzy, wspólnoty z innymi rodzicami i rozświetlania życia. Bo gdy będzie miał zasoby, zaopiekuje trudności dziecka.
Bądźcie dobrzy dla siebie <3
M
Fot. Pixabay
Nie mam fejsa, więc nie wiem, jakiej maści były te „oburzone komentarze”… Natomiast wiem, że kiedyś też bym się pewnie oburzyła „Bzdury, to co oni nie wiedzieli, na co się decydują? Jak można narzekać na jakieś braki w obliczu takiej wartości jaką są dzieci?! Pewnie, najlepiej to by się chciało mieć dzieci i jeszcze podróżować po świecie! Co za naiwność! Niepoważni” I tak dalej… I tym podobne… Ale teraz już wiem, że całe to oburzenie byłoby spowodowane tym, że kiedyś nie było dla mnie do pomyślenia, że można sobie pozwolić na czucie żalu. Najzwyklejszego na świecie żalu i rozczarowania, czasami złości, ale też takiej, która ostatecznie z żalu wypływa…
Z żalu, że, ponieważ mam czwórkę ciągle jeszcze małych dzieci:
– nie mogę wstać i wyjść z domu, kiedy chcę
– nie mogę pojechać gdzie chcę na ile chcę
– nie mogę odpoczywać kiedy chcę, iśc spać kiedy chcę i wstać kiedy chcę
– nie mogę pójść z mężem na randkę bez konieczności organizowania niani
– nie mogę iść na wymarzone juz tyle odkładane studia
– nie mogę się spotkać z koleżanką bez robienia z tego „rzeczy do zaplanowania i ustalenia z kimś innym”
– nie mogę mieć wszystkiego w dupie przynajmniej jeden dzień w roku
– czasami nie mogę nawet spokojnie pójść do kibla i siedzieć tam tyle ile naprawdę potrzebuję
– nie mogę jeszcze miliona innych rzeczy; tak; niektórych nie mogę teraz, innych nie będę mogła jeszcze jakiś czas, są takie których nie zrobię przez kilkanaście lat, dopóki dzieci „nie pójdą” z domu…
Bywa, że mam tego cholernie dość. I powiedzieć sobie wtedy, że „nie wolno mi tego czuć” to jak wbić sobie samej nóż w plecy. Ale musiałam się nauczyć, że może mi być żal. Że może mi być smutno. Że może mi być przykro. Że mogę być wkurwiona. Że wolno mi to opłakać i wiedzieć, że to co wartościowe ma swoją cenę. Wysoka to cena. Bo moje dzieciaki to wielka wartość.
Dziękuję Ci Małgosiu za ten tekst. Bardzo mnie ruszył, chodził za mną długo. Pokazał mi punkt, w którym kiedyś byłam i drogę, którą pokonałam do mojego dzisiaj. Czasami siadamy ostatnio z mężem na kawie i sobie marzymy, że „kiedyś” pojedziemy na samotny weekend w góry… Chyba się wtedy rozpłaczę ze szczęścia…
Dziękuję Ci za ten realistyczny i pełen uczuć obraz namalowany życiem! <3 <3 <3