Działacz

Działacz

Działanie zakrywa tak wiele nieodsłoniętych potrzeb, próbuje uśmierzyć tyle frustracji. „Działanie” zaleca się jako tabletkę na złe samopoczucie czy kryzys – jest słabo, zatem „zróbmy coś”. Najlepiej „coś wielkiego”. To trochę jak wójt wsi, w której ludzie dawno stracili motywację do orania i zasiewu, więc organizuje wielki piknik. Jakby jakiś sztuczny i zewnętrzny impuls mógł w człowieku wzbudzić tę podstawową rzecz, jaką jest pragnienie.

„Działacz” to ktoś, kto niczego nie potrzebuje i przed nikim nie odsłania swojej słabości. Przez działanie wchodzi w kontakt ze światem i tak się z nim komunikuje. Słabość obciążona jest tak wielkim poczuciem winy, wstydem albo innym zakazem, że nie wolno jej okazywać; można jedynie być „wydolnym”. Pamiętam, jakie wielkie oczy zrobiła moja serdeczna koleżanka, gdy powiedziałam jej cztery lata temu po stracie dziecka, iż odczuwam przymus bycia nadal „społecznie sprawną” i czuję się źle, gdy zawodzę. Była chyba pierwszą osobą, która uświadomiła mi istnienie związku pomiędzy tym, jak się czuję w głębi serca, a na ile mogę się porwać. I że to właśnie tych głębin serca chroni słowo: „nie”. „Już wystarczy”. „Niech nawet świat się zawali, ale w tej chwili moje plecy nie są potrzebne do podpierania go, bo muszę je zabrać do ciszy domu własnego serca”.

Wiele od tamtego czasu się zmieniło. Żeby „działacz” przestał w nas pociągać za sznurki, trzeba przyznać sobie wiele praw. Prawo, po pierwsze, do wchodzenia tylko w te propozycje i zadania, które nas nie nadużywają, choćby używano słów wielkich jak sztuki schabu i malowano sztandary absolutnych powinności. Prawo do bycia ze sobą wtedy, gdy łatwiej byłoby coś zrobić dla ratowania świata. Zwłaszcza gdy czujemy się smutni, wybrakowani w środku, niepewni; gdy na światło dzienne wypływają rozmaite niezaleczone rany i wciśnięte w najciemniejszy kąt potrzeby – tak dalece, że już nie wiem, czego potrzebuję, co lubię, na co mam ochotę (i że mogę też nie mieć ochoty na nic). Działanie musi wypływać z jedności między własnym sercem, kondycją i siłami, a pragnieniem szczęścia dla drugiego, w całej wolności daru, który staje się bez sensu, gdy jest wypruciem sobie flaków.

Gdy pozwolę, by z mojego „działacza” wyjrzał najpierw żywy i prawdziwy człowiek, znajdę się na niezwykłej ścieżce wchodzenia z innymi w kontakt także przez swoją słabość (nie tylko przez „bycie potrzebnym”), przez okazanie potrzeby czyjejś obecności oraz przez czas zmarnowany na patrzenie w gwiazdy i zadawanie pytań bez odpowiedzi.

Trochę widać zostało we mnie z potrzeby działania, bo jednak piszę – mając poczucie, że to jedna z niewielu rzeczy, które jeszcze na ten moment mam siłę zrobić. Ale jest w tym moim pisaniu pragnienie podzielenia się, kontaktu, wyjścia z izolacji, z jaką łączy się generalnie każda choroba. Myślę od pewnego czasu, żeby przerobić baner z tej strony i zrobić coś z tym „działaj” w motcie – póki co jeszcze nie wyklarowało mi się do końca coś lepszego, niż to, przedawnione. Dziś byłoby to bardziej: „bądź blisko siebie i nie bój się bliskości z drugim człowiekiem, mimo całej naszej kruchości i obciążeniu”…

Małgorzata Rybak