Dopadła mnie w piątek podła grypa. Ból i duszności takie, że myślałam nawet, że zawał. Wyłączyła mnie na kolejny weekend z aktywnego udziału w życiu rodziny. W sobotę, leżąc w swojej izolatce pod kołdrą i kocem, usłyszałam na dole dwa brzęknięcia. Pierwsza poleciała szklanka, upuszczona przez najmłodszego synka. Po drugim brzęknięciu, które następiło wkrótce potem, nastąpiła wielka cisza. Poprzedzona dosłyszanym przeze mnie stwierdzeniem córki, że „mama się załamie, jak to zobaczy”. Gdy dotarł do mnie Andrzej, zapytałam tylko: „Figurki z kominka?” „Tak”- odparł. „Kto?” – zasmuciłam się. „Ta dwójka dzieci. Ale poszukamy na Allegro”.
Na Allegro nie poszukamy, bo historia przybycia tych figurek do naszego domu nie była aż taka zwykła. Znalazłam je wśród stert wszelkich bibelotów w lumpeksie i by je uratować, zapłaciłam całkiem sporo. Była to rodzina podobna do naszej i miałam wielkie przekonanie, że trzeba ich zabrać z tamtego miejsca, by nie ulegli rozbiciu, sprzedani na oddzielne sztuki.
Ale potłuczenie się „dzieci” dało mi powód do refleksji. Ostatnio jako dorośli zmagamy się z jakimś nawałem przeciwności. Andrzeja huragany w pracy, moja grypa – to tylko przykłady. Niespodzianki spadają jedna za drugą i skupiają nas mocno na rozwiązywaniu problemów. I myślę, że pierwszymi osobami w rodzinie, które odbierają stresy rodziców są właśnie dzieci. Tak drogie, kruche i zdane na nas, jak figurki Royal Doulton (hand crafted in 2008).
Wyzwania włączają pośpiech, pewien rodzaj psychicznej nieobecności w tym, co tu i teraz, napięcie, nerwowość. Tymczasem dzieci, tak duże jak małe, potrzebują mnóstwa przestrzeni, by przyjść ze swoim pytaniem, poczuć naszą obecność i wziąć dla siebie nasze cierpliwe, pełne zaangażowania bycie z nimi. Do życia konieczne są takie momenty każdego dnia.
Leżąc w łóżku ze swoją grypą, która słała mi swoje wyczerpujące uśmiechy, i wspominając, jak cudownie jest być wśród „żywych”, zastanawiałam się, jaki na to jest sposób. Jakie granice dla spraw do załatwienia, trudnych emocji i problemów, które jakoś musimy rozwiązać, by spełniać swoje dorosłe obowiązki. I doszłam do wniosku, że równolegle z zaufaniem Opatrzności, trzeba po trosze „olać”, czy nam się w dorosłym świecie wszystko uda, czy nie. Czy udowodnimy, że daliśmy radę, czy też trzeba przyjąć wiele połowicznych planów B albo i całkiem odpuścić. Łącznie z porządkiem, którego nie sposób całościowo przywrócić, gdy od początku lutego na zmianę ktoś z nas, rodziców, choruje. (Tu coś od siebie: Droga idealizacjo łazienki z marzeń, żegnam cię niniejszym na rzecz bałaganu, w którym znalezienie pełnego pojemnika z mydłem wymaga zdolności detektywistycznych).
Zamiast irytacji albo zaciskania zębów (że niby jesteśmy z żelaza i nic nas nie rusza), zawsze można powiedzieć szczerze, że „jest mi smutno, że…” albo „ogarnia mnie przygnębienie, bo…”. Zawsze też przecież można wyspecjalizować się w świętowaniu porażek, szukając, jakie inne skarby one odkryły. A rodzina, w której okazujemy sobie, jak jesteśmy dla siebie ważni, jest właśnie cudownym miejscem, by uczyć się przyjmowania siebie nie tylko wspaniałym, ale także słabym.
Małgorzata Rybak