Dzieci są ważne

Dzieci są ważne

Poruszyły mnie bardzo ostatnio dwie sprawy: pierwsza – dosniesienia, ostatnio jakby na potęge, o aktach okrucieństwa wobez dzieci. Bastialstwa, rzec by można. Niezmiennie jednak także porusza mnie do żywego filozofia „zimnego chowu”, „wypłakiwania”, szarpania, negowania potrzeb dzieci i niesłyszenia ich głosu. Podczas zjazdów Szkoły Trenerów Grupy SET mówimy często o tym, że na sytuacje trudne na sali szkoleniowej trener na ogół pracuje sam. I tego podczas rozmaitych ćwiczeń i prezentacji doświadczamy – że jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. Myślę, że w rodzicielstwie istnieje podobny wątek. Negowanie czy niezauważanie człowieka w dziecku  (czyli istoty odrębnej od nas, złożonej, która potrzebuje zarówno jasnych granic, jak i szacunku, czułości i bycia pewnym że jest kochane) procentuje buntem, ciągłymi spięciami, walką i wyczerpaniem.

Przyznam, że stopniowe odkrywanie rzeczywistości potrzeb i granic, emocji i prawa do nich, rozmowy opartej na komunikatach docierających do głebin naszych serc – wprowadziło wiele pokoju do mojego rodzicielstwa. Jasne, że nieraz przegrywam ze skupieniem na własnym świecie i dorosłych problemach, ale nic nie odsłoniło tak nadziei, jak przyznanie pełni praw człowieka zarówno dzieciom, jak i sobie. I oparcie naszej wymiany na wzajemnym szacunku.

Noszę w sobie głębokie przekonanie, że rodzice, którzy w dzieciństwie sami nie zaznali podstawowego szacunku i których potrzeby były lekceważone, są bardziej narażeni na powielanie tego schematu w dorosłości i wszystkie przejawy nieprzemocowego budowania relacji i granic odbierają jako „przesadę” i „nadmiar miłości”. Myślę, że to z powodu tej nieświadomej „zdrady siebie”, o jakiej pisałam niedawno. Z powodu zapomnienia, jakie to było przykre, czuć się niekochanym, uopkarzanym, głodnym miłości i zauważnia. Bo trudne uczucia łatwiej zapomnieć, a swojej historii nadać pieczęć „widocznie to było mi potrzebne”. A może wcale nie. Może w wielu sytuacjach dzisiaj byłoby łatwiej, gdyby nie te „lekcje życia”, które nauczyły Ciebie braku zaufania, obrony przez atak, lęku przed empatią.

O reagowaniu na sytuacje, gdy widzimy, że dziecko jest poniżane, bite lub krzywdzone przez dorosłego napisałam TU [KLIK]. Drugi tekst dla Aletei powstał po lekturze wstrząsającego artykułu naukowego, napisanego przez wykładowczynię jednej z amerykańskich uczelni, o skutkach psychofizycznych „wypłakiwania” niemowląt. Przyznam, że nie miałam pojęcia, że źródła tej praktyki sięgają tak dawnych czasów. Mam nadzieję, że przejdą niebawem do historii, a mój tekst będzie na tej drodze maleńką kropelką w wielu wysiłkach budowania kultury rodzicielstwa bliskości. Jestem przekonana, że ono daje lepsze szanse zarówno rodzicom, jak i dzieciom (do przeczytania TU [KLIK]).

Małgorzata Rybak