Gdy rodzi się mama

Gdy rodzi się mama

Nie lubię określenia „macierzyństwo bez lukru”, choć rozumiem, że powstało w odpowiedzi na drugą skrajność – perfekcyjnych pań domu i klubików idealnych żon i mam. Lubię myśleć o macierzyństwie jako o procesie rodzenia się mamy. To, że bywa ogromnie bolesny, nie wynika wcale z tego, że dzieci przychodzą na świat nam coś zabrać. Moment ten jedynie odsłania nasze własne konflikty, zranienia, kompleksy i kosmos wymagań, jakie sobie stawiamy. Lubię macierzyństwo szczęśliwe i cieszę się, że mogę go doświadczać – doświadczywszy go także w swoim życiu w wersji tak skrajnego wyczerpania, że człowiek przestaje umieć odpoczywać.

W zeszły piątek Monika, mama czwórki, zaprosiła mnie do kina na film Tully, za co jestem jej bardzo wdzięczna. Główną bohaterką jest mama oczekująca trzeciego dziecka, która ledwo już radzi sobie z całym światem na jej głowie, dlatego po narodzinach córeczki zatrudnia nocną opiekunkę. To nie komedia, choć tak jest reklamowana. To poruszający do głębi dramat dla dojrzałego, dorosłego i wrażliwego widza. Piękny i ważny. Piszę o refleksji po nim – i o takim stanie kobiety, gdy nie znajduje w sobie już sił na bycie mamą, TU [KLIK].

We wtorek tydzień temu wyruszyłyśmy z kolejną grupą mam w podróż przez warsztaty „ZŁAP ŻYCIE”. Będziemy szukać w sobie tej części, która potrafi być dla siebie samej ciepła, dobra i troskliwa. Odsłaniać paralizatory radości życia w naszych głowach, plątaniny przymusów, które próbują tyranizować nie tylko nas, ale i naszych bliskich. Odkrywać naszą wyjątkowość i procesy, jakie w nas się dzieją.

Mawia się, że „szczęśliwa mama – to dobra mama”, jakoś używając szczęścia matki dla przyszłych korzyści dziecka. Mama, która kocha samą siebie i nie oczekuje od siebie cudów, która potrafi budować wokół siebie wspierające więzi, znajduje w sobie przestrzeń, gdzie dziecko czuje się kochane i bezpieczne razem z nią. Więcej, dostrzega cudowność tych momentów, gdy życie dzieje się w niej i na jej oczach. I potrafi zachować spokój nad rozlanym mlekiem, pełnym pampersem, spalonym obiadem. Jak powiedziała jedna z uczestniczek, kto o tym kiedyś będzie pamiętał.

Małgorzata Rybak

PS. Nadal jest mnie tu mniej, bo kończymy prace nad wydaniem e-booka „Wygrane małżeństwo” i stroną z projektem, który książka ma wspierać. Jestem bardzo wdzięczna wszystkim, którzy dokładają starań, by się ukazała. Cieszę się ogromnie, że będzie służyć powstaniu miejsca, gdzie rodzącą (się) mamę otacza się szczególną opieką w tym wyjątkowym dla niej czasie.