Myślę, że odrzucenie ciała i postrzeganie go jako „więzienia dla duszy” było również w kulturze sposobem na poradzenia sobie z dramatem śmierci. Jeśli nigdy nie pokochasz swojego ciała, jeśli nie zaczniesz doświadczać przez nie własnej złożoności, relacji ani piękna życia, to nie będzie tak żal, gdy przyjdzie moment, że ono zachoruje, zestarzeje się i że trzeba będzie je utracić.
To trochę jak z wyborem, by nigdy nikogo nie pokochać, by nigdy nie cierpieć, kiedy stracimy – tę miłość, tę przyjaźń, tę relację.
I kiedy już tyle razy naklejono Bogu twarz tego, który odrzuca ludzkie ciało i nie rozumie naszego życia w ciele, kolejne święto mówi o tym, że jest dokładnie odwrotnie. Matka Jezusa idzie do Nieba razem z ciałem. Czyli z całą swoją tożsamością.
Ciało jest częścią mnie, więc jest tak drogie, że kiedyś i ja dostanę je z powrotem, a rozstaniemy się tylko na chwilę.
Jezus uzdrawia rany, które doprowadzają nas do momentu, że przestajemy czuć własne ciało, nie umiemy już go słuchać, nie wiemy, gdzie się zaczynamy ani kończymy. Przywraca wzrok, by widzieć ptaki kąpiące się w kałuży, słuch, by wzruszać się dźwiękami poranka, smak, by przypomnieć sobie, jak smakują jagody z bitą śmietaną.
Przywraca bezpieczeństwo, by znowu w naszym życiu mógł pojawić się dotyk i przytulenie. Pomaga odzyskiwać czucie wewnętrzne, byśmy wiedzieli, jakich emocji doświadczamy, czego chcemy, a czego nie. Uzdrawia „uschłą rękę”, by mogła sięgać i sprawiać.
Bo ciało to ja.
28.08. zaczynamy rozwój w grupie „Ciało – mój dom”. Do jutra dołączysz w cenie „early bird”, czyli 150 zł.
Szczegóły TU [KLIK].
Z życzeniami dobroci dla siebie
Małgosia
Obraz „He heals what is broken” autortswa Paige Payne z paigepayne_creations , print ze sklepu Bless You