Podobno w USA, gdy ludzie Cię pytają „How are you?”, nie spodziewają się zasadniczo innej odpowiedzi niż „I’m fine”. Nie jestem pewna, czy tak jest, bo przecież czasem naprawdę drugi człowiek troszczy się i chce wiedzieć.
Gdy odwiedzałam mojego brata bliźniaka w UK, byłam szczerze poruszona sprzedawcami w kioskach i księgarniach (które odwiedzałam nałogowo, by gromadzić książkowe zapasy). Że na dworcu St. Pancras w Londynie ktoś do mnie podchodzi i zadaje pytanie: „Are you ok?”. Miałam ochotę od razu zostać przyjaciółmi na całe życie! Brat szybko wyprowadził mnie ze złudzenia: nie chodziło o to, czy wszystko u mnie ok, tylko że to taki odpowiednik: „Pomóc w czymś?”. A konkretnie w zakupach.
To dla mnie bardzo ok, że inni ludzie nie muszą się martwić, jak u nas jest. Znacznie trudniejsze bywa to, że sami przed sobą nie ujawniamy, co u nas słychać. I gdy ciało nagle przechodzi w stan oporu i przychodzi „zły dzień” – to bywa, że najpierw czujemy złość. Tyle mieliśmy zrobić. Mieliśmy dobrze się czuć. Miało wszystko chodzić jak w zegarku. A tu w środku urywa się jakaś lawina w przeciwnym kierunku. Jakby system się zawieszał. Czasem na bliżej niesprecyzowanym smutku. Czasem na wyczerpaniu. Czasem na żalu. Czasem na lęku, jak to będzie.
Myślę też, że odpowiadamy „I’m fine” tym częściej, im rzadziej wiemy, co w nas i im mniej znamy słów na swoje rozmaite stany zjednoczone (lub oddzielone). I im bardziej wierzymy, że wszystko zawsze powinno być u nas „fine”. Dlatego zresztą łatwo nam porzucać siebie, gdy bardzo nam nie ok. Traktować siebie samych jak ciężar, a nie jak kogoś, kim potrzebujemy się zająć.
Jeśli chcecie uczyć się, jak możemy dbać o siebie, by w złym dniu czekała na nas miłość i wsparcie, i bardziej było możliwe to, by wychodzić z niego pełniejszym, a nie z poczuciem trudu i pustki – serdecznie Was zapraszam na warsztat „Lista na deszczowy dzień” w najbliższą środę wieczorem (lub piątek – do wyboru).
Informacje i zapisy znajdziecie TU [KLIK].
Bądźcie dobrzy dla siebie <3
M