Na polskim morzem miałam trochę okazji do namysłu nad tym, jak wizje z marzeń dotyczące wspólnego urlopu rozbijają się o różnice. I dlaczego, żeby nam było dobrze, druga osoba w związku „musi” robić różne rzeczy tak, jak my uważamy za słuszne. Jak gdyby przyjęcie drugiej osoby do swojego życia – co oznacza także do swojego sposobu spędzania razem wakacji – domagało się od nas wystawienia specjalnego pozwolenia na inny niż mój sposób pakowania się, szykowania śniadania, wypełniania momentów, gdy nic się nie dzieje (ona chce rozmawiać, on coś poczytać; on chce się przytulić, ona – rozłożyć graty w hotelowym pokoju, żeby wiedziała, gdzie co jest, itd.). W papierach przybilibyśmy pieczątkę: „jesteś inny, a nie – winny”. Żeby było jasne, że to nie twoja wina, że mnie uwierają twoje rozmaite zachowania, sposób reagowania, przyzwyczajenia.
A przecież „pozwolenie” drugiemu na bycie sobą to tylko początek, taki rozruch silnika dla sprawnego działania relacji. Kolejny poziom to zachwyt, że drugi człowiek różni się ode mnie. To zaproszenie tej inności i objęcie jej ramionami, jak prezentu dla hegemonii mojego „ja”…
Te nadmorskie refleksje nad różnicami w małżeństwie – i pokusą „naprawiania” drugiego – ze szczyptą humoru spisałam ostatnio dla portalu Aleteia Polska: KLIK.
Dobrych wakacji
Małgorzata Rybak