„Jak byłem mały i kiedyś umarłem, to ojciec kazał mi to rozchodzić”.
W ostatnim tekście dla Aletei wracam do tego rodzaju idealizowanych wspomnień, by sprawdzić, jak to naprawdę jest. Czy naprawdę to tak super, jeśli nikt się nad nami „nie rozczulał”. Czy to tak nam ogromnie służyło. I dlaczego tak pamiętamy. Można przeczytać o tym TU [KLIK].
Myślę, że w ten szczególny dzień końca roku szkolnego, z lokalnymi spektaklami rozdawania świadectw, ciekawym doświadczeniem dla rodziców byłoby, gdyby zamienili się ze swoimi dziećmi miejscami – i przypomnieli sobie, jak to jest i jak to naprawdę było <3
M
I niezapomniany Sylwek w roli głównej:
Gosiu, ja to „nie rozczulał” uwielbiałam. Nie mogłam się nachapać. Mama w pracy tata w pracy ja u dziadków wolność i swoboda. Chciałam włazić na drzewo na dach jeździć na rowerze jeść nieumyte owoce prosto z krzaka, to to robiłam. Nie pamiętam żadnego plastra czy wody utlenionej bo kontuzje ciągle były, tylko nie miałam czasu ich odmeldować.
Witaj Asiu 🙂 W tym, co piszesz, czytam żywe wspomnienie dziecięcej beztroski 🙂 Myślę, że to jest bardziej o tym, że nie było nadmiernej kontroli czy nadopiekuńczości. Mi w tym tekście chodziło o coś innego: o bicie, wyzwiska, zaniedbanie i obojętność – brak takiego rodzaju czułości, która jest potrzebna do życia. I na pewno ta potrzeba jest różna w różnym wieku dziecka – czułość dla nastolatka to dawanie autonomii i wspieranie, gdy tego potrzebuje, dla niemowlęcia – czytanie jego płaczu, tulenie, fizyczna i emocjonalna bliskość. Dobrych wakacji 🙂