Podczas jednej z sesji coachingowych w odpowiedzi na moje pytanie: „Co by Ci pomogło?” – usłyszałam od jednej z klientek: „Gdybyś mi powiedziała, jak Ty się czujesz”. Nie odpowiedziałam wprost, bo coaching na tym nie polega. Zapytałam: „Co by Ci to dało, gdybyś to usłyszała?”.
Nie wiem, czy pomoże to każdemu, ale może komuś – więc chcę Wam napisać, jak się czuję. Przechodzę z grubsza pewnie wszystkie stany, które w różnej intensywności przechodzi większość z nas: szok, lęk, mobilizację, wyczerpanie i powolną adaptację układu nerwowego do bieżącego stanu rzeczy. Trochę pomaga mi, że od lat jestem w terapii złożonego PTSD, na które cierpię przez większość życia, więc wewnętrzny „stan nadzwyczajny” był dla mnie codziennością zanim na Ukrainę spadły pierwsze pociski. Nabyłam już pewnego rozeznania w oglądaniu tego, co się we mnie dzieje i jakiejś wprawy w byciu z psychicznym cierpieniem, tak, by stawało się kawałkiem bez zalewania całej reszty i pomino którego życie może być piękne, mogę się rozwijać, doświadczać bliskości i robić cudne rzeczy.
Jednocześnie nawet jako „weteran” poznaję swoje możliwości tu i teraz wobec tego, co się dzieje. Wspiera mnie trzeźwa część mnie, która szuka miejsc zaangażowania i z pokorą stwierdza, czego nie jestem w stanie uczynić. Miewam momenty demontażu i popadania w tzw. dezorganizację, kiedy płaczę, moje ciało drży i daje liczne sygnały zamrożenia – zwłaszcza gdy docierają do mnie wiadomości o losie cywilów, w tym dzieci, uświadamiające i skalę tej tragedii i jej tragiczne jednostkowe oblicze. Doszłam też w pierwszych dniach wojny do stanu, w którym podjęłam decyzję o wyłączeniu portali informacyjnych i zredukowania ich do jednego (rp.pl), który posługuje się czarno-białą szatą graficzną i którego dziennikarze mówią o faktach, choćby najsmutniejszych, ale nie sieją sensacji.
Uczę się, że litera „i” – mała i szczupła – jest mi teraz bardzo potrzebna. Jakaś część mnie jest pogrążona w żałobie – i że ludzkość doszła do takiego punktu, i z powodu cierpienia ludzi, i decyzji jakie muszą podejmować. I jednocześnie inna część mnie jest w oburzeniu na jawną niesprawiedliwość inwazji i w mobilizacji. Z literką „i” przychodzi część, która kieruje uwagę – nawet jeszcze bardziej wzmożoną, niż kiedyś – na codzienne życie, zdrowie dzieci i ich troski. Jest i taka, która widzi wiosnę i chce mnie wspierać, zabierając mnie na dwór, pokazując listki i kwiaty, przynosząc w prezencie aktywność, ruch. I taka część, która czuje się winna, gdy nie zajmuje się wojną. Najwięcej kłopotu miałam ze wsparciem w sobie tej części, która musi zająć się pracą i przypomnieć sobie, ile wynoszą moje zobowiązania finansowe prowadzenia działalności gospodarczej. Ta część bywa we mnie najbardziej kwestionowana, jakby coś we mnie chciało zatrzymać codzienność wobec dramatu, który się rozgrywa za wschodnią granicą, i nie pozwolić jej iść do przodu.
Jednocześnie tylko dzięki pracy mogę mieć też wkład w pomoc ofiarom tej wojny. Mogę to też robić przez utrzymanie w sobie i wokół mnie nadziei, normalności, jasności widzenia. Przez współczucie wobec innych i siebie samej. Przez wewnętrzną szczodrość, gotowość dzielenia się i decyzję, by chodzić mocno nogami po ziemi.
To tak z grubsza u mnie. A jak Wy się macie?
Bądźcie dobrzy dla siebie <3
Małgosia