W Ewangelii Jana, w której ostatni posiłek Jezusa z uczniami zajmuje bardzo wiele miejsca, zatrzymuje mnie, ile On poświęca czasu, by dać im poczucie bezpieczeństwa. By zapewnić ich, że Go nie tracą. Że będzie. Że praktycznie zostawia Siebie w ich rękach.
Siegel i Bryson napisali, że jeśli nie mamy pojęcia, jak pomóc dzieciom, gdy przeżywają coś bardzo trudnego, to możemy wybrać po prostu obecność. Być. „Większość procesu kojenia odbywa się niewerbalnie” (Potęga obecności). Od tego, że ktoś drugi jest obok. Uważny, przytomny, w kontakcie. Autorzy proponują zaczęcie od dwóch słów: „Jestem tutaj. Jestem tutaj”.
Naprawdę nie każdy potrafi być przy kimś, komu jest trudno. Przy kimś, kto płacze, drży z lęku albo odczuwa ból, niezbornie coś opowiada. Umieć być obecnym wtedy to górna półka człowieczeństwa. Poradzić sobie z bezradnością. Z tym, że się nie wie, nie umie i nic nie da się zrobić szybko. Schować do kieszeni złote myśli i najlepsze na świecie rady. Podejrzewam, że to umiejętność, której nabywa się przez wycierpiane samotnie godziny.
Jakoś od wielu lat mam takie poczucie, że te mroczne godziny wielkopiątkowe to taki czas, kiedy On bardzo potrzebuje, żeby z Nim być. Mimo że wobec tej drogi można mieć tylko puste ręce.
m
#bliskosiebie #bliskodrugiego #potegaobecnosci
Codziennie uczę się tego bycia: z moim mężem, dziećmi i rodzicami po stracie. To piękne i cenne doświadczenie w dawaniu siebie.