Kawa i czas dla siebie

Kawa i czas dla siebie

– Jaki jest twój rekord filiżanek kawy?

– 7.

– Wow! Aż 7! No tak, jak jest hardcore, to trzeba.

To fragment rozmowy telefonicznej, jaką usłyszałam dziś w radio, gdy jechałam odebrać dzieci z przedszkola i szkoły. Zrozumiałam, że dotyczyła konkursu, w którym można było wygrać kilogram kawy, i prowadzący taki prowadził small talk ze zwyciężczynią.

No. „Jak jest hardcore, to trzeba”.

Wiecie, ciarki po mnie przeszły.

Wyobraziłam sobie, co na to ciało. Co na to wszystko ciało by powiedziało? Gdy ta siódma filiżanka się w nie wlewa? Miałoby siłę coś mówić jeszcze? Kto wyreżyserował ten straszny hardcore i kto podpowiedział, by przy pomocy kawy zrobić go jeszcze bardziej hardkorowym? Dlaczego tak mało się używa w przestrzeni publicznej pojęcia „nadużyć siebie”? „Zajechać siebie”? Czy dlatego, że ludzie boją się tak bardzo utraty efektywności? I co by wtedy najgorszego mogło się stać?

Ja przepadam za kawą. Trudno mi sobie wyobrazić poranek bez niej, gdy moje ciśnienie, niezależnie od ilości przespanych godzin, wynosi 0/0 hPa, a puls jest niewyczuwalny. I nawet gdy wstawałam skoro świt na pociąg do Paryża, by zwiedzić Muzeum Orsay, nie powodowało to zaistnienia akcji serca.

Lubię zapach i smak kawy. Lubię jak dom nią pachnie.

Ale czasem, gdy mam ochotę na kolejną filiżankę, pytam siebie, o co mi chodzi. Czy o to, że padam na twarz? I wówczas wiem, że kawa nie pomoże, ale bardziej drzemka. A czasem nie czuję zmęczenia, ale chciałabym zatrzymać się przy sobie i kawa jest tego namiastką. Jednak ciało nie zawsze ochoczo się zgadza. I czasem wychodzę się przejść i pogapić się na zielone.

Macie ochotę się podzielić, co Wam daje wytchnienie? I co Wam daje kawa, jeśli jest obecna w Waszym życiu? A może to coś innego?

Ja zamieniam często kawę na zieloną herbatę.

Bądźcie dobrzy dla siebie 💚

m

#bliskosiebie

Fot. Pixabay

2 komentarzy

  1. Asia Be

    „Kawa” to dla mnie taki moment, kiedy „mogę” odpocząć. Wtedy daję sobie do tego prawo. Bez kawy nie umiem go sobie dać. Bez kawy to byłoby marnowanie czasu, w którym jednak powinnam coś robić. Ciągle. Kiedy piję kawę, „mogę” nie robić. Ewentualnie i tak coś wtedy robię, ale kawa jakoś to umila. Pita tak na przykład w czasie gotowania obiadu, powoli, od połowy już zimna. Dziwne to. Ale to też takie skojarzenie z domu rodzinnego, gdzie właśnie picie kawy było czasem odpoczynku, często wspólnego. Czasem spotkania. Lubię też pójść na kawę do kawiarni, z koleżanką, raz w tygodniu. Sączyć ją powoli i gadać o życiu. Niemniej generalnie nie pijam wiele kaw dziennie, maksymalnie dwie. A zatem… mam maksymalnie dwa odpoczynki dziennie, od połowy zimne? Jest nad czym się zastanowić 😉

    1. Małgorzata Rybak

      Wyobraziłam sobie gwar wspólnych kaw i dobrze mi się zrobiło, zwłaszcza w tym czasie, gdy tak mało tego jest! Dziękuję Ci za „maksymalnie dwa odpoczynki, do połowy zimne”… Rezonuje to we mnie także dobrym, sięgającym sedna pytaniem, po którym mogę szukać dróg opiekowania siebie.

Komentarze są zamknięte.