Pisałam już o tym kiedyś, ale przez przypadek trafiłam na zdjęcie i dotknęło mnie znowu bardzo. Obiegający sieć neon z restauracji Brassaii w Toronto, „Love me till I’m me again”, wyraża jakieś wołanie z głębin serca. Kochaj mnie, aż znowu będę sobą.
Podczas warsztatów „Złap życie” mówimy także o tym aspekcie zarządzania emocjami (o jego właściwie szczytowym kunszcie): o empatycznym reagowaniu na trudne emocje drugiej osoby. Najłatwiej przećwiczyć na małych dzieciach, które krzyczą, płaczą czy reagują w sposób, który nas rani. „Nienawidzę Cię!!!” Zamiast robić wykład, że mamę i tatę należy kochać i szanować, albo zamiast rezonować emocje dziecka i wpadać w szał – warto opowiedzieć dziecku, co czuje. „Widzę, że jesteś naprawdę zły”. „Chyba naprawdę coś Cię zezłościło”. Uczenie dzieci wyrażania emocji w sposób w pełni cywilizowany zaczyna się od tych prostych kroków: uznania ich emocji i empatycznego ich nazwania. Dziecko na ogół uspokaja się znacznie szybciej i zaczyna opowiadać o tym, co się stało. Otwiera się przestrzeń dla głębokiego porozumienia i tworzenia więzi, a wraz z nimi – dla tłumaczenia i wychowywania.
Metoda przydaje się jednak we wszystkich relacjach. Podobnie mogę zareagować na męża, który po powrocie z pracy rzuca jakąś kąśliwą uwagę. Zamiast z nią polemizować, można zacząć od spojrzenia na sytuację z mądrego dystansu, który ma szanse zbudować bliskość: „Czy coś się dzisiaj stało trudnego? Widzę, że coś Ci jest”. Podobnie mąż, gdy ma do czynienia z wybuchem emocji żony. „Widzę, że coś się dzieje, że bardzo coś przeżywasz”. Zamiast kłótni o to, kto i co powinien mówić, robić oraz czuć, otwiera się nagle horyzont spotkania.
Dlaczego takie proste metody są zarazem takie trudne? Myślę, że dlatego, iż samym sobie nie udzielamy wsparcia, które pozwoli na tak dojrzałe reagowanie na negatywne emocje drugiej osoby. Jeśli nasze poczucie własnej wartości jest kruche i zranione, wówczas przykre słowa, nieudolnie wyrażające jakieś pogmatwane emocje drugiego człowieka, godzą w nas jak latające sztylety. Gdy wiem, że jestem kimś mądrym i dobrym, kto zasługuje na miłość, łatwiej zrozumiem słabsze chwile drugiego, niż wtedy, gdy potrzebuję z otoczenia ciągłego potwierdzania mojej wartości. Czasami najpierw to ja sama muszę posiedzieć ze sobą – i kochać samą siebie, ze swoimi talentami i słabościami, do momentu, gdy „będę znowu sobą”. Gdy głosy w mojej głowie, mówiące, że ciągle jest za mało i niewystarczająco i źle – ucichną. Wtedy słabszy dzień męża czy dziecka nie sprawi, że zacznę bronić swojego kruchego ja przez kontratak, a nasze miejsce na ziemi zamieni się w „dom latających sztyletów”*.
Podobnie mężczyzna – jeśli jego szacunek do samego siebie jest ugruntowany na realistycznej ocenie własnych możliwości, świadomości własnych sukcesów i punktów słabych – nie da się wyprowadzić z równowagi żonie, która poleci do niego tekstem wydobywającym się z głębin jej emocjonalnego trudu.
W końcu – każdy z nas pragnie tej kochającej nas cierpliwości, która da nam przestrzeń na nasze problemy, nasze niezrozumienie nawet siebie samych, gdy przeżywamy nasze własne problemy i prywatne końce świata.
Małgorzata Rybak
PS. Są sytuacje, kiedy empatyczne odzwierciedlanie emocji nie zadziała. To relacje toksyczne, związki oparte na przemocy czy wykorzystaniu, gdzie raniącym słowom trzeba postawić zdecydowaną granice.
*oryginalnie – to tytuł chińskiego melodramatu z niezwykle wyrazistymi środkami wyrazu z 2004 roku.