Odrzucenie boli, często zamyka na relacje, upośledza zaufanie, otacza człowieka emocjonalnym murem – by już nigdy ponownie nie zostać odrzuconym. Myślę, że jest takim dramatem właśnie dlatego, że zaprzecza całkowicie perspektywie bycia w relacji, perspektywie miłości, w jakiej pomyślał ludzi od początku Bóg. On poza relacjami nie istnieje; sam w sobie jest „przyjmowaniem”. W Ewangelii Jezus używa w pozytywnym sensie zawsze wielkich kwantyfikatorów (tak niszczących i nietrafionych, gdy używa się ich w znaczeniu negatywnym): „przyjdźcie do mnie wszyscy”, „każdy, kto…”. Nikt nie jest wykluczony, każdy bezgranicznie przyjęty; dla każdego jest nadzieja, szansa, mimo nieraz głębin zranionych potrzeb i zagubienia.
Często porusza mnie, jak bardzo Boże Narodzenie wchodzi w rany odrzucenia. Jakby po to, by wiel historii napisać na nowo. Józef chce odrzucić Maryję, bo jej sytuacja zagraża skandalem, ale słyszy: „nie bój się wziąć [jej] do siebie”. W Betlejem nie czeka na nich żaden dom, zostaje stajnia poza murami miasta. Pierwsi witający na świecie Dzieciątko – to pasterze, grupa społecznie zmarginalizowana, bez praw obywatelskich. I tak dalej.
Dlatego czytam te wydarzenia szczególnie jako wychodzenie tam, gdzie pozornie nie ma nic poza samotnością i zamknięciem. Jego działania wchodzą w bezmiar poniżenia i bólu, niesionego przez sytuacje odrzucenia, i przenoszą te miejsca i rany z marginesu do centrum historii. To, co nieważne, staje się najważniejsze. To, co odrzucone, staje się przyjęte. Także człowiek, którego „nie było w planach” – nieskończenie cenny w Jego oczach, niepodważalnie wartościowy.
O tym, jak Boże Narodzenie pozwala przyjąć własne życie napisałam TU (KLIK). Wiele mnie ten tekst kosztował, ale mogłabym o tym pisać w nieskończoność.
Małgorzata Rybak