Po kolejnym incydencie przepracowania się, tym razem na gruncie domowym, mam kilka myśli. Pierwsza, że na szczęście te incydenty są coraz rzadsze i przekraczanie granic swoich możliwości przestało być moim Sposobem Przymusem Na Życie. Druga, że jest we mnie, jak może być obecna w wielu ludziach, taka krucha część, która ciągle pragnie zasłużyć na miłość i akceptację. I kiedy jakieś okoliczności sprawiają, że dochodzi do głosu – przejmuje dowodzenie i przełącza nas na swojego autopilota. Jej rządy polegają z grubsza na tym, że:
- zgadzasz się na rzeczy, na które albo nie masz ochoty, albo w ogóle nie są dla Ciebie ok (zamiast powiedzieć „nie”);
- przyjmujesz cudze oczekiwania i wymagania za coś obiektywnego;
- czujesz, że krytyka i odepchnięcie jest skutkiem czegoś, co w Tobie jest defektem i ujmuje Ci wartości. Jednym słowem – uważasz, że to Ty zasługujesz na wypominanie Ci niedoskonałości, a nie, że ktoś drugi mówi i działa nietaktowanie, jest zbyt krytyczny, a jego apodyktyczne towarzystwo bywa trudne nie tylko dla Ciebie;
- robisz więcej, niż możesz, mając nadzieję, że nawet jeśli do tej pory owa taktyka nie przyniosła upragnionej mety życzliwości i akceptacji dla Ciebie, tym razem w końcu będzie inaczej.
A nie jest.
Ludźmi, których niemożliwej do zdobycia akceptacji możemy pragnąć, bywają znajomi, współpracownicy, przełożeni – których styl działania jest zadaniowy i skupiony na własnym „ego”. Mogą być członkami rodziny – teściami, bratową czy szwagrem, a nawet dalekim kuzynostwem, którzy już kiedyś zranili przykrymi uwagami czy obmową. Zdarza się, że tą osobą, której życzliwości i uznania brak najbardziej, to rodzice, a „dziecko” może mieć 30, 40, 50 i 60 lat.
Myślę sobie o tej swojej kruchej i biednej części, która chciałaby, by wszyscy ją kochali i przyjmowali. Wiem, że potrzebuję okazać jej zrozumienie, spędzić z nią trochę czasu i zbudować parę symbolicznych nagrobków. Może obok kurhaników naszych domowych zwierząt w ogrodzie pod płotem. Byłoby tam ostatnie pożegnanie marzenia, by ta czy inna osoba naprawiła szkodę wyrządzoną pomówieniem, wyśmianiem albo złośliwością. Pożegnanie pragnienia, by ten czy inny w końcu dał mi przepustkę do życia po swojemu, mówiąc: „Dajesz radę! Jesteś wystarczająca”. By tamta czy inna zauważyła: „Jesteście wspaniałą rodziną!” – zamiast: a u was to zawsze bałagan.
Po tych ostatnich pożegnaniach ta cząstka mnie mogłaby w końcu pogodzić się z resztą. I pogodzić się także z tym, że pewnych rzeczy będzie jej (czasem dotkliwie) brakowało. I wtedy trzeba poszukać kogoś, kto rozumie, albo zawinąć się w koc i obejrzeć głupi film – jak wtedy, gdy pocieszasz córkę, siostrę, przyjaciółkę.
M