Książka do czytania po ciemku

Książka do czytania po ciemku

„Boże, kiedy u nas tak będzie, że będziemy mogli zostawić dzieci w domu i wyjść” – odparł z westchnięciem aż spod żeber mój znajomy, kiedy powiedziałam mu, że byliśmy niedawno z mężem i przyjaciółmi w restauracji. W jordańskiej maleńkiej restauracji z bliskowschodnim jedzeniem. Dodam, że po raz pierwszy od czasów pandemii takie wyjście nam się zdarzyło.

Wiem dobrze bardzo i z tzw. autopsji, że jest taki czas w życiu rodziców, że czują, iż stracili dawne życie bezpowrotnie. Dobrze pamiętam, ale też póki co nasze najmłodsze dziecko ma dopiero 6 lat. Jakoś jestem bardzo we współodczuwaniu kosztów tej doniosłej roli. Jedynej w swoim rodzaju. Sama znajduję wsparcie w poszukiwaniu tego, co w tej roli nadal sprzyja życiu. Bo tego życia w sobie potrzebujemy bardzo wiele, by się nim z otwartymi dłońmi z naszymi dziećmi dzielić.

Wczoraj wieczorem byłam bardzo zmęczona (chciałam napisać: wyjątkowo, ale wiecie, w sumie te wyjątkowe dni zdarzają się niemal codziennie :). Mieliśmy z najmłodszym synkiem postrzyżyny, potem pływał w wannie, żeby się zrelaksować, a potem jeszcze świecił w łóżku latarką i robiliśmy teatr cieni. Kiedy powiedział mi, że nie ma ochoty na czytanie, w sumie z ulgą pomyślałam, że już na oczy nie widzę. Gdy zgasiłam światło i zbliżał się rytuał naszych rozmów, z których się już śmiejemy – „Synku, śpij” – „Ale mamo, ja nie umiem spać”, względnie: „Zamknij oczy” – „Mamo, ale ja cię kocham”, wpadł mi do głowy pomysł. Wzięłam ze stolika nocnego książkę, którą kupiłam z początkiem wrześnie za wielkie pieniądze, wyskrobane z czeluści powakacyjnego budżetu. Było to wielkie tomisko „Diuny” w wersji oryginalnej – miałam przeczytać do rychłej już premiery filmu (nadal jestem na str. 20).

Myślę, że książki jak ta są wyrazem mojej ufnej wiary w jutro, gdy już minie zawierucha dziejowa wychowywania dzieci, zakładania działalności gospodarczej, łączenia i dzielenia czasu na strawne porcje, cały czas mając go NIE TYLE, ile by się przydało na cokolwiek. Przeczytałam Pawełkowi po ciemku zmyślony tytuł: „Księga bajek dla dzieci” i pochwaliłam się, że umiem czytać w ciemnościach. I zaczęłam mu czytać bajkę. O Krasnoludkach Głupotach*. Gdy skończyłam czytać pierwszą, poprosił o kolejną. Co pasowało mi bardzo, bo ze wszystkimi opisami przyrody i zakrętami fabuły dopiero się rozkręcałam. Przewracałam kartki, przybliżałam księgę do twarzy, by widzieć wyraźniej. Śmialiśmy się co niemiara.

Chcę Wam napisać, że czuję z Wami. I teraz też, gdy wyrywam czas na napisanie tego między sesją coachingową, jedną przeprowadzoną, a drugą, o której – wstyd powiedzieć, nie wiem jak, ale zapomniałam, mimo że była w kalendarzu – a gotowaniem obiadu. Czuję z Wami, gdy wydaje się Wam, że rozdaliście już wszystko, co mieliście do oddania. I gdy szukacie sposobów na łapanie szczęścia i dostrzeganie swoich potrzeb, i gdy dobrze wiecie, patrząc na Wasze maluchy, że nie zamienilibyście Waszego życia na żadne inne.

Także ten. Raczej najpierw obejrzę film, bo na „Diunę” czytaną za dnia chyba jeszcze nie przyszedł czas. Ale jak to cudownie, że można z niej tyle wyciągnąć po ciemku.

Bądźcie dobrzy dla siebie <3

M

*Krasnoludki Głupoty to postacie wymyślone przez mojego męża, gdy nasza prawie 18-letnia córka miała kilka lat. Od tego czasu powstają ich historie, opowiadane na zamówienie naszych kolejnych dzieci.

Fot. Internet