Jedna z Czytelniczek, którą pozdrawiam :), podzieliła się ze mną swoim przypuszczeniem, że poznanie strategii skutecznego zarządzania może też sprawdzić się na polu rodzicielstwa. Myślałam o tym, jak to jest.
Gdy czytam książki poświęcone stricte biznesowi, uderza mnie, że jakkolwiek humanistycznego nurtu by nie podejmowały, istnieje pewna wartość nadrzędna: cel. Wymierny cel organizacji. Najczęściej przekładalny na wyniki. Stąd pokazywane metody pracy z ludźmi mają w tle uzyskanie tego celu, przy stosownym doborze zasobów ludzkich i inteligentnym podziale pracy.
I to jest ten moment, gdy najbardziej widać, czym rodzina czy wspólnota ludzi oparta na innym fundamencie, niż pieniądze, różni się od biznesu – i dleczego „relacje w domu i w pracy” niekoniecznie są przekładalne jedne na drugie. Jasne, że na przykład „angażowanie w znajdowanie rozwiązań”, zaaplikowane w odniesieniu do rozwiązywania niektórych problemów, których uczestnkami są dzieci, jest ścieżką godną wędrowania. Podobnie jak „konsultacje indywidulane i grupowe” (z książki o metodzie Vrooma, o której pisałam [KLIK]) – gdzie sednem jest zadanie pytania o własne zdanie. Pewnie też większość z poziomów przywództwa Johna Maxwella da się przełożyć na język relacji z dziećmi – gdzie choćby nasz „autorytet” nie byłby czymś wynikającym z pesela, ale skutkiem solidarnego współdziałania, budowania więzi, słuchania i takiego przykładu życia, który już sam pociąga. Jeszcze bliższy byłby Simon Sinek i jego analogie na temat autentycznej troski o pracowników na wzór troski w rodzinie.
Jednak zupełnie inny jest cel tego wszystkiego. W rodzinie nie ma umów czasowych i stałych, i nie ma warunków, które należy spełnić, by być jej częścią. Poza też ciężką patologią, spowodowaną przemocą bądź nałogami – nikomu nie daje się „wymówinia”. Cel tak naprawdę jest jeden: człowiek i wzajemna miłość. Dla tej wartości możemy stracić, może nam nie wyjść, możemy zrezygnować z planu. Możemy spowolnić krok, by zdążył ten, kto z nas jest najsłabszy. Możemy zmarnować całe godziny, dni i tygodnie na rozmowę, jeśli tyle potrzeba na zbudowanie zaufania i znalezienie rozwiązań. Bo „szybko” (KLIK) znaczy kosztem troski o drugiego. I wreszcie, gdy któremuś z nas dzieje się krzywda, pod żadnym względem nie wyleci za burtę i nie zostanie sam. Możemy odpuścić wszystko, by ratować jednego.
Dlatego korporacyjne rozwiązania, choć poszerzają horyzonty i pokazują wiele z prawdy o człowieku, są dobre dla korporacji. 🙂 Podobnie jak korporacyjne metody są strzelaniem kulą w płot, gdy chodzi o wspólne działanie oparte na dobrej woli.
Małgorzata Rybak