Z mężem oglądamy już 4 sezon Person of Interest – serialu, który daje nam reset i jakieś wejście w spokojny „czas dla nas” na koniec dnia (odcinek trwa ok 40 minut – to akurat tyle, ile jesteśmy w stanie longiem obejrzeć wieczorem, gdy dzieci zasną, a my obrobimy się z tzw. obejściem 🙂 ). Ja 3 sezony oglądałam wcześniej sama i przypominanie ich sobie we dwoje, co trwa mniej więcej od pół roku, ma dla mnie szczególny urok.
To świetne kino. Znajomym opowiadam skrótowo, że w serialu Pan Jezus biega ze spluwą i ratuje świat, ponieważ odtwórcą jednych z głównych ról jest Jim Caviezel. Ale film – oprócz tego, że jest genialnie napisanym kinem akcji, a dialogii obfitują w błyskotliwy humor – urzeka głebią etycznych pytań. Gdzie zaczyna się i kończy wolność człowieka? Co jest w nas szczególnie kruche i cenne, gdy budujemy relacje? Oraz: ile można poświęcić, by chronić innych?
Zachwyca mnie ten film także jako kurs dojrzałej pracy zespołowej par excellence. Specgrupa ratująca ludzi przed zagrożeniem ze strony innych (lub przed poważnymi błędami, które mogliby popełnić sami) działa jak agile team ze wszystkich pięknych historii o przywództwie i budowaniu zespołu. Jest klarowny wspólny cel i ogromna wolność w wyborze metod jego realizacji, przy całej palecie różnic między poszczególnymi osobami. Jest dobrowolność zaangażowania i dużo miejsca na różnicę zdań, a nawet otwraty konflikt, dzięki czemu w żadnym momencie bohaterowie nie muszą podejmować kompromisów ze swoimi wartościami (co generalnie w każdnym przedsięwzięciu – tak w małżeństwie, jak w pracy – kończy się źle). Jest też solidarność i mnóstwo troski o siebie nawzajem. Lider zaś i „mózg” wszystkich operacji ma krystaliczny i zogniskowany na szacunku dla osoby kodeks etyczny. I ten szacunek dotyczy tak samo członków zespołu, jak i ludzi na zewnątrz, na rzecz których działają.
Dlaczego o tym piszę? Jakoś bardzo zapadło mi w pamięć to, co filmowy John Reese (Jim Caviezel) mówi w jednym odcinków: „You can’t do something wrong to make things right (=nie możesz zrobić czegoś złego, żeby zrobić coś dobrego)”. Nie liczy się tylko koniec naszych działań, ale cała droga dochodzenia do celu. Gdybym mogła podać jakąś definicję efektywności, wybrałabym dla projektu „kochaj, bądź, działaj” właśnie taką. Liczy się wszystko, co robisz. Liczy się sposób, w jaki to, co robisz, odnosisz do osób wokół Ciebie. I nad garami w kuchni, i na szczycie korporacji. Liczy się przestrzeń szacunku dla drugiego człowieka, który NIGDY nie może stać się środkiem do celu.
Małgorzata Rybak
