Lokatorzy

Lokatorzy

Długo utrzymywałam w tajemnicy, że nasz dom jest nadal schronieniem dla bożonarodzeniowych skrzatów. Dlaczego – wiedzieli tylko niektórzy, a ci, którzy nas odwiedzali mogli jedynie snuć domysły, że tak jak ludzie zapominają ściągać lampek z choinek stojących przed domem i wiszą tam aż do lata, podobnie my – po prostu nie dotarliśmy do tematu.

Jednak to znaczenie bardziej skomplikowane. Gdy wyobrażam skrzaty spakowane w worek i wysłane na strych, coś się we mnie opiera wobec tak radykalnej eksmisji. Pierwszego skrzata dostaliśmy w prezencie od mojej przyjaciółki ze studiów. Kolejne ściągałam je do domu na dwa dni przed Widgilią, gdy w sklepach poobcinane do granic ceny wołały, by ktoś te swtorzenia jeszcze przygarnął, bo zaraz szał magii świąt wszystkim przejdzie i zalegną w magazynach, a zbyt mało odporne na kurz – w przyszłym roku nie będą się nadawały do sprzedaży.

Wszystko na przyjazd naszej córki ze studiów, która ma trudny czas, a ja uczę się, jak być rodzicem dziecka, które już nie mieszka w domu. Skrzaty były więc nośnikami mojej acrywielkiej radości. Ale też świadkami przechorowanych świąt, codziennych zmagań z codziennością, sprzątań, bałaganu, wstawania, i chodzenia spać. Mijam je tyle razy w ciągu dnia i zawsze coś do nich zagaduję. Pomagały mi więc dzielnie być przy sobie. Teraz widzą, że nie mam ciągle sił, by wyjść na ogródek i tam coś uporządkować, i że jak ja wyzdrowiałam, pochorował się mąż.

Czy zostaną do lata? Och, nie, spociłyby się w swoich czapkach. Umówiliśmy się, że do czasu, gdy zakwitną forsycje. Odejdą wtedy na Północ.

A jeśli chcecie poczytać o skrzatach, to Astrid Lindgren napisała o nich przepiękne książeczki dla dzieci – o tym, jak wiele robią, gdy ludzie śpią.

Bądźcie dobrzy dla siebie

Małgosia