Ludzkie gesty w przedświątecznym szale

Ludzkie gesty w przedświątecznym szale

Ostatnie dni przed Świętami nie miały być takie. Mimo poddawaniu redukcji zamierzeń i zadań, by zachować maksimum spokoju i czasu na dobre relacje z innymi, czas mi się kurczy, zastając mnie ciągle jeszcze niegotową. Wyjazd do miasta na zakupy sprawia, że zaczynam czuć się częścią matrixu, w którym ludzkość szykuje się nie na radosny czas bycia razem ze sobą, ale raczej zabezpiecza się na wypadek wojny czy też epoki lodowcowej. I towarzyszący temu pośpiech sprawia znaczny spadek wzajemnej życzliwości, choć w sumie mogłoby być odwrotnie.

Doświadczam tego najbardziej jadąc ulicami. Płynny ruch, nawet w środku dnia, to marzenie. Brakuje miejsc na największych parkingach, a droga co i raz to ulega zatarasowaniu przez kogoś, kto zaparkował tymczasowo, przez auto dostawcze, kuriera, stłuczkę. Zwłaszcza te sytuacje wymagają dwóch rzeczy: wyjściowego założenia, że drugi kierowca nie działa ze złej woli oraz przyjęcia na ten moment, że sztywne przepisy ruchu drogowego mogą ustąpić czemuś, co goszczący u nas kiedyś Hindusi z korporacji mojego męża nazwali: social agreement (szczególnie pomocny w Kalkucie, gdy na skrzyżowaniu w centrum muszą zmieścić się auta, ryksze, piesi i na przykład jeszcze krowy).

Niekoniecznie udało mi się spotkać ludzi myślących podobnie. Załamywano nade mną ręce i unoszono brwi; grano ze mną w grę, kto pierwszy ustąpi i kto ma ma rację, mimo moich prób pokazywania – również na migi – całej życzliwości, na jaką mnie stać. Wyczerpana kompletnie tymi pojedynkami, dotarłam do lewoskrętu, nad którym już całkiem zgasła nadzieja. Sznur aut na ulicy, na jaką chciałam wjechać, nie rokował na lewoskręt nawet po upływie 3 dni czekania.

I wtedy wydarzył się cud. Nie, wróć. Wtedy wydarzył się człowiek. Kierowca auta kurierskiego zatrzymał za sobą cały ruch i zostawił mi tak szeroki dostęp do drogi, że poczułam się jak kopciuszek awansujący na królewnę. Ten ludzki gest, niby drobny, w okolicznościach przedświątecznej gorączki bardzo mnie poruszył. A potem auto minęło mnie na drugim pasie i zanim pojechaliśmy w przeciwnych kierunkach, przeczytałam napis na karoserii: excellence simply delivered. „Świetność dostarczona z prostotą”, w dosłownym tłumaczeniu.

Wydało mi się to tak trafne. Proste gesty, które pokazują próbę naszego człowieczeństwa. Gdzie jest w nas miejsce dla drugiego człowieka? Ale i pomyślałam, że szczęśliwy pracodawca. Zatrudnia kogoś, kto swoimi działaniami potwierdza szlachetne hasło, jakim ujęto misję firmy.

Zwłaszcza teraz, śpieszmy się powoli. Matrix się skończy; to, jacy jesteśmy z innymi – pozostanie.

Małgorzata Rybak

[Źródło obrazka: TU]