„W pracy odpowczywam, nie jestem w stanie wytrzymać psychicznie z dziećmi”, usłyszałam ostatnio od mamy dwójki (4 i 2 lata).
Bardzo mnie to zastanowiło. To trochę podobnie jak ze sformułowaniem, że „coś mnie doprowadza do szału”. Szał zostaje zapodmiotowany w kimś drugim. To język, który nie przypisuje nam mocy sprawczej, odpowiedzialności. Tu – coś strasznego i nie do wytrzymania jest w dzieciach. A przecież to nieprawda. Przecież to my, dorośli, modelujemy zachowania dzieci i jesteśmy po to, by im pomagać sobie radzić z trudnymi emocjami. Coś więc tutaj się wymieszało.
Myślę, że irytacja jest serdeczną siostrą frustracji. O ile te panie są zdolne do ciepłych uczuć. ? Pewnie ma wiele przyczyn i część z nich leży w naszych przekonaniach i oczekiwaniach, które nie do końca są zgodne z realiami. Jak wtedy, gdy żona oczekuje, że mąż czy dzieci będą „jacyś”. Na przykład że dzieci będą siedziały nieruchomo i układały puzzle (dwa tysiące kawałków), a mąż zamieni się w najlepszą przyjaciółkę. Więc otwarcie się na rzeczywistość (i uchwycenie jej piękna w tym, co inne niż oczekiwania) jakoś z irytacji może leczyć.
Druga rzecz, to nasze potrzeby. Irytacja mówi nam, że jakieś ważne potrzeby nie zostały zaspokojone. Jak wtedy, gdy lista zadań permanentnie wykreśla odpoczynek i rozpoczyna się nasza jazda na oparach. I czekamy, aż ktoś powie: „zdrzemnij się”, „idź wcześniej spać”, „odpocznij”, „robota nie zając”. Ale tak jak „doprowadzanie do szału” nie jest odpowiedzialnością innych, podobnie mój odpoczynek, moja drzemka, moja lektura – leżą w sferze mojej własnej odpowiedzialności.
Dobrego odpoczynku – i byśmy dali się pozytywnie zaskoczyć temu, co inne niż chcieliśmy
Małgorzata Rybak