Na stronie Laboratorium Psychoedukacji przeczytałam niedawno cytat francuskiego psychoanalityka, Andre Grena, że mama pogrążona w depresji jest matką „martwą”. Maja Zagajewska pisze tam, że depresja matek rzadko jest wykrywana z powodu wstydu, jaki przeżywają kobiety – bo „powinny się cieszyć”, a doświadczają uczuć niemających niczego wspólnego z radością: wyczerpania, przygnębienia, utraty nadziei, złości. Podobnie w wypadku wypalenia, kiedy mama dała wszystko, co miała, ale nic nie uzupełniło wydatku zasobów.
Nasze dzieci miały 2 i 5 lat, gdy skala Becka ujawniła u mnie poważną depresję. Najbardziej pamiętam stanie nad zlewem w kuchni wielkości 3 m kwadratowych w naszym gierkowskim M na trzecim piętrze, i płacz do tego zlewu. Tak, żeby nikt nie widział. Tak, żebym ja nie widziała, jak bardzo już nie mogę.
Z miejsca, w którym jestem dzisiaj, i z wiedzy, jaką mam 13 lat później, chcę napisać, że nie ma domowych sposobów na ogarnięcie depresji czy wypalenia. Że do tego potrzebny jest drugi człowiek, towarzyszenie, specjalista. Nie sąsiadka, nie przyjaciółka, nie mąż (choć każdy, kto wspiera, pomaga). Specjalista nie zrobi niczego za nas, ale będzie wiedział, jak pomóc, byśmy odkryli w sobie z powrotem źródełko zasobów. I potraktuje nas poważnie, bo za depresją kryje się doświadczenie wcześniejszych poważnych strat. To nie kaprys, nie fanaberia, nie „wymyślanie sobie”.
A w ostatnim tekście dla Aletei piszę, dlaczego dzieci potrzebują mamy, która jest żywa w środku [KLIK ]. Bo czasem nie potrafimy zobaczyć, że to podstawowe human right – być żywym w środku (wielu osobom się włącza, że „to egoizm”, „trzeba zapomnieć o sobie” itd., itp.), więc może wtedy pomóc świadomość, że jesteśmy połączeni. I to, co nam sprzyja, sprzyja naszym bliskim.
Bądźcie dobrzy dla siebie <3
M
Fot. Jonathan Borba / Unsplash