„Marka osobista”

„Marka osobista”

U progu zakładania kolejnego w życiu bloga – i to takiego, którego w zaistniałych (trudnych) okolicznościach prezentuję pod własnym nazwiskiem – poświęciłam ileś przemyśleń tematowi „marki osobistej”. Widziałam, że są w sieci całe kursy na temat jej budowania. Z jednej strony to wspaniałe, że swojej wiedzy i doświadczeniu, i pracy swoich własnych rąk można nadać jakąś ramę, ładna graficzną wizytówkę, która innych zachęci, pokaże, czego się mogą spodziewać. Spójny wizerunek na zewnątrz pomaga także dotrzeć do grupy ludzi, z którą najlepiej się zrozumiemy.

Z drugiej strony – „marka osobista” to przecież nie PR i nie opakowanie. To właśnie nasza spójność z najgłębszymi, fundamentalnymi wartościami, jakie chcemy współtworzyć w świecie wokół nas poprzez swoja pracę. Przeczytałam ciekawe zdanie, że „markę osobistą można zniszczyć w 5 minut”. Za przykłady podawani byli celebryci, których wizerunek pogrzebał jakiś skandal (np. molestowanie, zdrada małżeńska czy oszustwo finansowe). I myślę, że to nie jest „zniszczenie marki osobistej”, tylko upadek jej fasady, gdy już pewne fakty wychodzą na wierzch. Jeśli jestem uczciwym człowiekiem, to z uczciwości wypływają moje działania. Jeśli jestem wiernym mężem, nie grozi mi „zniszczenie marki osobistej” poprzez skok w bok, uchwycony przez paparazzich. Jedynie rozjazd wizerunku z prawdą o mnie jest czymś niebezpiecznym.

Pasjonują mnie relacje – w małżeństwie, rodzinie, z dziećmi, w zespole ludzi w pracy. Przez ostatni rok także zafascynowała mnie bardzo relacja do siebie samej – owo JA+JA, które staje się fundamentem dla innych relacji (z tego namysłu i doświadczania powstały warsztaty „Złap życie”). Czy to znaczy, że wszystkie moje relacje układają się świetnie? Gdybym była w tej dziedzinie fantastyczna, pewnie nie spedzałabym tyle czasu czytając, pisząc, szukając. Moja praca – to raczej paliwo i oprzyrządowanie do budowania lepszego życia.

Rysując grafiki do tej strony i fanpage’a na FB, myślałam o tym, że może nawet bardziej niż pamiątki z konferencji zdefiniowałby mnie okresowy bałagan w kuchni, piżama, w której rano ledwo docieram z najmłodszym synkiem na ręku po kawę, by się do niej podłaczyć jak do pompy infuzyjnej, czy zdjęcie najstarszej córki, nastolatki, z dorysowaną chmurką komiksu „weź się ogarnij, Mamo” (i tu trzask drzwiami), gdy zaczynam gadać od rzeczy. Albo średniego syna, który doradza życzliwie i zdecydowanym głosem: „Mamo, wyobraź sobie, że nie masz ust” – kiedy widzi, że jestem zdenerwowana.

Myślę więc nad tym żółtym mikrofonem na zdjęciach na blogu. Żeby się nikt nie pomylił, że „mówca motywacyjny”, którym jestem jedynie o tyle, że nie mając pulsu z rana, co rano też muszę się motywować do wstania z łóżka, do wejścia w trudy, do rozdmuchania w chmur w mojej głowie.

Piszę, żeby dzielić się dobrą myślą – nie, żeby udawać. Wiem, ile cierpienia i trudnych doświadczeń kosztowały mnie narodziny tych wielu dobrych myśli. To mi dodaje odwagi, by je Wam pokazywać i z Wami się nimi dzielić. Z nadzieją, że coś z tego weźmiecie dla siebie.

Małgorzata Rybak