Martwe miejsca

Martwe miejsca

Gdy niszczące tsunami dzieje się szybciej, niż uczucia nadążą. Gdy strata jest nagła albo zbyt wielka. Kiedy przerażenie zamienia w słup soli. Ilekroć zadziewa się więcej, niż da się przeżyć, powstaje w człowieku martwe miejsce.

W dziecku, choć może być całkiem małe, powstaje martwe miejsce także wtedy, gdy zaniedbanie ciągnie się latami. Jakaś część osuwa się do wewnętrznego grobu, gdzie umiera nadzieja na bycie widzianym i słyszanym. Uśmiercone poczucie bezpieczeństwa. Samotne cierpienie, które nikogo nie obchodzi, aż po moment wewnętrznej kapitulacji. Tylko to zostaje: rezygnacja. Już wiadomo, że nikt nie przyjdzie z kojącą obecnością. Ratunek się nie znajdzie. Nie ma na co czekać, można porzucić siebie.

Życie może toczyć się dalej, ale przecież martwe miejsca dają nieustannie o sobie znać. Osobiste otchłanie, w których nie do pomyślenia jest jakakolwiek obecność kogokolwiek bliskiego i żywego.

I może być tak, że Jezus złożony do grobu – trafia do miejsca, w którym ktoś długo już mieszka. Ze złamanym duchem i pękniętym sercem. Z odłączonym ciałem, które tyle zniosło bólu, że daliśmy mu wypowiedzenie (ze skutkiem natychmiastowym) umowy, że jest częścią nas. „Od dziś będziesz obce”.

Wierzę, że On zstępuje do osobistej otchłani, bo wie, że w każdym jej wydaniu jedynie obecność i więź mogą mieć ożywiający skutek uzdrowienia. I jedynie obecność i więź mogą włączać w krwiobieg dawno umarłe części. Przywracać do życia te dawno odrzucone. By nic nie zginęło. W dzień, w którym pozornie tyle ciszy, opowiada: „byłem tam z tobą, widziałem twoje rozpadające się na kawałki serce i cierpiałem z tobą. I wracam tam ponownie z miłością, która jest większa niż otchłań. I będę tam wracał tak długo, jak będziesz potrzebować, by życie stało się możliwe”.

m

#bliskosiebie #bliskidom #potegaobecnosci