Robimy z mężem od tygodnia z hakiem przemeblowanie.
Przypadkowo się to zbiegło z rocznicą pandemii, ale myślę, że właśnie życie w trybie online doprowadziło do tego, że bardzo dawała już o sobie znać potrzeba przestrzeni. Jesteśmy od ponad roku razem w domu z trójką dzieci; najmłodszy chodził do przedszkola okresowo (zakażenia w przedszkolu, jego przeziębienia, nasze obawy). Mąż zajął rok temu moje „biuro”, ja zrobiłam sobie kącik w sypialni nad garażem. Nasze ważne rzeczy były wymieszane w tych przestrzeniach i między sobą, i z innymi gratami.
2 marca, po 5 latach wolontariatu + 4 latach pracy na tzw. umowach „śmieciowych” – założyłam działalność gospodarczą. To ważny moment dla mnie, przygotowywałam się do niego długo i jeszcze na pewno o nim napiszę. Koczowanie „ino bokiem” przestało zdawać egzamin. Pewnego dnia stanęłam przed komodą, na której w śmieciach tonęła moja skrzyneczka z biżuterią i książki, na podłodze znalazłam mój pamiętnik – i się rozpłakałam.
Podzieliliśmy się więc przestrzenią. Teraz, póki jeszcze zimno i popaduje śnieg, przeglądamy zawartość dwudziestolecia co najmniej, spakowaną w kartony. I zajmujemy półki, szafki. Robi się przestronnie. Robi się piękne. Robi się miejsce na każdego z nas.
Wróciło do mnie nawet marzenie o fotelu na biegunach, którego jeszcze nie zrealizowałam. Bo przecież własne miejsce to dużo więcej niż miejsce na pracę i dokumenty. To przestrzeń na odpoczynek, pauzę, pobycie z samą sobą.
To miejsce na siebie w sobie samej. I w sobie samym. Od tego się wszystko zaczyna.
Od robienia miejsca w sercu na siebie z tym wszystkim, kim jestem. Na te wspierające kawałki i te trudne. Od decyzji, że siebie samej i samego z tego miejsca nie wyrzucę. Nie zapomnę. Nie przestanę karmić. Otulać kocem. Pocieszać w smutku. Być.
Mogę siebie pytać, czy świeci się we mnie lampka, dzięki której czule siebie widzę? A może jeszcze po ciemku siebie odnajduję, gdy ta zapomniana postać daje o sobie znać smutkiem, wyczerpaniem i bólem. I potrzebuję tej lampki poszukać.
Robienie miejsca na siebie zaczyna się od postawienia całych stóp na ziemi, gdy idziesz albo siedzisz. Od dania plecom całego oparcia krzesła, zamiast siadania tylko bokiem. Od nabrania do płuc powietrza aż do przepony. Od oddania ciężaru ciała temu, z czym ciało się styka.
Od czego zaczynasz robienie miejsca na siebie? Co Cię w tym najbardziej wspiera?
Bądźcie dobrzy dla siebie 💚
Na zdjęciu – grafika Mariny Czajkowskiej pt. „Teraz jestem w twoim sercu na zawsze” – jej cudne prace znajdziecie na https://4mara.com/ (to NIE jest post sponsorowany! 😉)
To jest „mój” wpis. Totalnie „mój”. Miejsce na siebie w swoim własnym życiu. Ile razy o tym myślę, chyba zawsze przychodzi mi do głowy taki obraz: stół kuchenny (u nas w domu to chyba centrum wszechświata :)), na którym jest milion rzeczy (jedzenie, czyste i brudne talerze, szklanki, zabawki, miska z owocami, jakieś książeczki, papiery, plastelina i tak dalej…) i codziennie po wielekroć sprzątam ten stół, żeby był ładny i czysty i żeby miło sobie przy nim usiąść, na przykład z kawą. Ale czasem moja potrzeba przestrzeni dla siebie akurat w tym miejscu jest tak sfrustrowana, że nie mam ochoty spędzać ileś czasu na porządkowaniu tego wszystkiego, myśleniu, co gdzie odłożyć, co czyste, a co brudne, tylko najchętniej po prostu zgarnęłabym wszystko jak leci do jakiejś dużej miski i wrzuciła do kosza na podwórku 😛 Albo przynajmniej stanowczym gestem odsunęła wszystko na drugą połowę stołu i przywłaszczyła sobie na chwilę tę czystą 🙂 Takie jest moje doświadczenie, że ta przestrzeń na siebie nie zrobi się sama. Czekając na nią umrę jak niepodlany kwiatek. Czasem wręcz wyrywam ją „pazurami”. A czasami już nie mam siły nic wyrywać i to też daje mi do myślenia. Małgosiu, ten temat porusza mi wszystkie wewnętrzne struny. Proszę o więcej 🙂
Dzięki Ci za podzielenie się i za ten kawałek o tym, że „ta przestrzeń nie zrobi się sama”. Pokazuje mi, gdzie jest mój wpływ 🙂