Jest moim obrońcą. Stróżem moich granic. Chroni mnie przed nadużyciami i krzywdą. Pozwala chronić także moich bliskich, gdy ktoś lub coś im zagraża. Reagować, gdy traktowani są niesprawiedliwie albo bez szacunku.
Gniew mówi mi, że jakaś moja ważna potrzeba nie została zaspokojona. Dlatego potrzebuję tak wyczulonego słuchu, by usłyszeć jego narodziny we własnym sercu. Właśnie wtedy on namawia mnie, by się sobą zaopiekować. Coś odpuścić, coś zrobić inaczej, powiedzieć „stop”. Bez tego wyczulenia na pierwsze oznaki gniewu, który cicho wysyła ostrzegawcze sygnały – słyszymy własny gniew dopiero wtedy, gdy wyładowujemy go na sobie albo drugim człowieku. Czasem w sposób tak trudny i przykry, że wszyscy ponosimy wielkie koszty. I długo trwa leczenie ran.
Ludzie, którzy nigdy się nie gniewają, są bezbronni. Jak dziecko wysłane do ciemnej ulicy bez gazu pieprzowego. Ktoś w nich złamał prawo do obrony własnych granic, protestu, wyrażenia, czego potrzebują. Płacą za to cenę gniewu niepohamowanego, jeśli kiedyś w końcu dojdzie do głosu. Nieraz tak spektakularnego, że dopiero prasa go opisze. „A taki spokojny to był człowiek”, powiedzą sąsiedzi.
Gniew potrzebuje bezpiecznych dróg ujścia. Nie pomaga sobie z nim poradzić awantura. Niekoniecznie działa też walenie pięścią w poduszkę. Gniew jest siłą potrzebną do zmiany. Służy mu asertywny komunikat. „Nie zrobię tego”. „Wiesz, to jest dla mnie nie ok”. „Czuję złość, kiedy nie włączasz mnie do ważnych decyzji w naszym domu, bo myślę wtedy, że nie bierzesz mnie pod uwagę jako partnera w układaniu naszego życia. Dlatego proszę, dawaj mi znać, gdy planujesz coś, co będzie miało wpływ na nas oboje”.
Gniew daje mi siłę do działania – nie w spektakularnej wściekłości, ale w czynach, które mogą być mądre, długofalowe i rozwiązywać problemy.
M