Znalazłam dziś rano przypadkiem woreczek, do którego nasz wówczas 5-letni synek spakował z rok temu swoje… włosy pozbierane po strzyżeniu. Było w tym coś ogromnie poruszającego. Że wiedział, że to JEGO włosy. Że to JEGO ciało. Że trzeba się z tym obejść z troską i miłością. Że to NIE BYLE CO.
Dzieciom jest łatwiej wiedzieć, że ciało jest nimi. Ich. O nich. Dla nich. Zrzucają z siebie gryzącą koszulkę. Nie chodzą w za małych butach. Wskakują na boso do błota, by POCZUĆ. Nie zjedzą jajecznicy w wersji „smarki” (choć je obrzydza) po to, żeby komuś było miło. Czasem potrzebują pomocy w tym, by ktoś dostrzegł, że są głodne albo już bardzo śpiące. Ale nawet to także po nich widać.
Dla dorosłych to często świat utracony. Jak utracone ciało. Jeśli o ciele myślą „moje”, to bardziej jest o tym, że spodziewają się, by ich nigdy nie zawiodło w wydolności i realizowaniu zadań. W gryzącej bluzce „dadzą radę”, za ciasne buty idzie sobie jakoś wytłumaczyć („a co tam!”), i tylko potem takie dziwne, jak łatwo wybuchnąć. Jak szybko przychodzi moment, że irytuje już wszystko. Bo przegapiamy ten kilka godzin wcześniej, gdy do szału doprowadzały za ciasne spodnie. Albo nierealne wymagania szefa lub sąsiadki.
Dorośli też łatwiej nie dają znać po sobie. Zjedzą jajecznicę w wersji „smarki”, by nie sprawić zawodu temu, kto smażył (bo „sobie to można” – sprawić zawód i przykrość). Nikt nie zobaczy, jak ich mdli, jacy są śpiący, jak z sił opadli. Bo to wstyd. Bo to słabość.
I tylko potem gdzieś w brzuchu zostaje dziura. Jakaś pustka. Jakieś miejsce po utracie ciała. Po utracie siebie.
Bo gdy tracimy ciało, przepada część nas, a zostaje wielka, dojmująca, nieodgadniona tęsknota.
Za byciem całym, spójnym, w zgodzie ze sobą.
A gdy je odzyskujemy, wszystko staje się prostsze.
Nic dziwnego, że w Ewangelii aż tyle o stawaniu się dziećmi. A nie odwrotnie.
Bądźcie dobrzy dla siebie 💚
M
Fot. Johny McClung / Usnplash