Narodziny czegoś ludzkiego

Narodziny czegoś ludzkiego

Nie wiem, jak Wy, ale ja, gdy mam dużo zadań i dużo presji czasu, tracę zdolność trzeźwego myślenia. Utykam w drobiazgach, w szczególikach i dobieram sobie do tej listy do zrobienia, zamiast rezygnować. Potrafię przemierzyć miasto w poszukiwaniu wstążeczki, która jako jedyna może ozdobić prezent. Sprzątanie wielkiego bałaganu zaczynam od temperowania złamanych kredek. A gdy pakuję się na wyjazd – wpadam na pomysł, by upiec jeszcze ciasto.

Trochę już siebie znam i to mi pomaga. Pomaga mi też zaliczenie kilku takich akcji i bilans kosztów, który działa otrzeźwiająco. Pomaga mi zaglądanie do własnego ciała i sprawdzanie, jak ono się czuje z moimi pomysłami.

Nauczyłam się od innych korzystać z kilku pytań.

„Czy mogę tego nie robić?”

„Jak mogę zrobić to łatwiej?”

„Jak to zrobić najprościej?”

„Kto mi może w tym pomóc?”

Zaplanowałam więc już uproszczenie wszystkiego, co się da. Za moment w domu ogłosimy szlaban na zakupy i pomysły, czego jeszcze nie ma, a by się przydało na święta. Nawet jeśli pamiętam długą z pokolenia na pokolenie tradycję świętego napięcia atomowego w temacie bigosu i szynki na kartki. Awarie choinkowego oświetlenia w ostatniej chwili, zapach wypranych firanek w czasach braku aromatów do prania i manifesty zmęczonych ludzi, odwołujące Boże Narodzenie.

Chciałabym, by coś nowego, bliskiego i bardziej ludzkiego rodziło się w moim życiu.

A Wy jak macie?

Bądźcie dobrzy dla siebie <3

M