Lubię słowo „realizm”. Realizm ogromnie pomaga.
Bywa, że mówimy: „Chciałbym nie wyzłośliwiać się tak do żony”. „Chciałabym nie złościć się na męża”. „Nie krzyczeć na dzieci”.
Bijemy się w pierś, że znowu „brakowało mi cierpliwości” albo „brakowało mi łagodności”. Powiedziałabym, że najczęściej najpierw brakuje jednak realizmu. Gdy jego nie ma, żywimy złudzenia co do naszej mocy. Agnieszka Stein trafnie mówi o tym, że wydaje się nam, że mamy kontrolę nad sprawami, których zdecydowanie NIE DA SIĘ kontrolować. Zatem myślimy, że możemy kontrolować własne zmęczenie (wystarczy wypić kolejną kawę i powiedzieć: „nie jestem zmęczona!”) czy stan zdrowia (boli nie do wytrzymania – tu jest tabletka xyz, oczywiście z informacją od lekarza lub farmaceuty, na wypadek gdyby jednak nie pomogło, a pacjent przejechał się na tamten świat).
To trochę tak, jakbyśmy wierzyli, że można powiedzieć sobie, że nie jest się głodnym i wtedy przestaje burczeć w brzuchu i nie robi się już słabo. Parę dni temu zapomniałam zjeść śniadanie. Przypomniałam sobie w południe, ponieważ czułam się „dziwnie”. Jak to możliwe? Niestety bywa. Dla niektórych byłoby zaskoczeniem, że zemdleli w tramwaju – przecież postanowili nie czuć się głodni!
Brak realizmu powoduje, że zaczynają się nerwy i spięcia. Musimy szybko, mimo że nie mamy siły. I jesteśmy na siebie źli. Podobnie dzieci – nie powinny czuć się niewyspane, bo zaraz będzie za dziesięć i wtedy spóźnią się wszyscy wszędzie. Więc trzeba na nie krzyczeć, bo takie „nieogarnięte”. A może tylko niewyspane. A może człowiek potrzebuje więcej czasu, by zacząć kontaktować.
Realizm jest naszym przyjacielem. Podpowiadałby: „jesteś zmęczona, nie rób zakupów, które sprawią, że poza dziećmi będziesz trzymać na rękach dziesięć kilo produktów, z których teraz potrzebujesz tylko jednego”. „Rozkłada cię przeziębienie, bez sensu jechać jeszcze na pocztę”. „Trzeba pójść spać wcześniej i wcześniej wstać, bo rano wszyscy mamy długi rozbieg i na wszystko potrzeba więcej czasu”.
Kocham realizm, bo mieszka bardzo blisko pokory, skromności, bliskiego mi minimalizmu, którego ciągle się uczę (mimo poczucia winy – mam nadzieję, że ono kiedyś po prostu zniknie). Pokora nie polega na zajechaniu siebie, na traktowaniu siebie źle. Pokora mówi mi, ile mogę, a kiedy będzie wszystkiego za dużo i stanę się jak bomba zegarowa.
Warto o tym rozmawiać w domu. Czasem mąż albo żona może stać się dla nas głosem realizmu, gdy sami zapędzamy się Bóg wie gdzie.
Dobrych wrześniowych poranków! I niezmiennie – dobroci dla samych siebie. Udziela się otoczeniu. 🙂
M