Nadal jeszcze dochodzę do siebie po weekendzie ze zjazdem, podczas którego praca jest tak intensywna, że trudno go nazwać odpoczynkiem od zajęć domowych. Wczoraj po południu wpadłam znowu do czarnej dziury nieprzytomności mimo trwania nadal dnia – i pomyślałam, że ratunek w kawie. A potem, że właśnie nie. Że nie w kawie. Że kawa w tej sytuacji – to wszystko postawione na głowie.
Jak to się stało, że cywilizacyjnie osiągamy mistrzostwo w ignorowaniu sygnałów ciała – i mimo braku wojny i konieczności przebywania 24h na dobę w okopie, czujemy się własnie jak żołnierz na warcie? Jak do tego doszło, że na ból zażywamy proszek sprzedawany bez recepty i w takich ilościach pewnie globalnie, jak suchą karmę dla kotów, zamiast myśleć o tym, czy ciało nie prosi o zmianę? O chwilę uwagi? Dlaczego kawa ma stanowić bat na zdechły organizm i ma go chłostać, by wyciskał z siebie jeszcze więcej? Przecież to bez sensu. To jak kompletna jakaś schizofrenia, gdzie działamy przeciw sobie, jak swój własny wróg.
Może tak trudno się zatrzymać nie dlatego, że życie pędzi, tylko w nas chomik napiera na kołowrotek – pijany kawą i wpisany w błędne koło przymusów.
W dowód przyjaźni ze sobą lepiej usiąść w fotelu, wziąć swoje zmęczone „ja” na kolana i wypić z nim herbatę. Albo po prostu pójść spać. Jeśli nie da się teraz, to wtedy, kiedy się da. Bez przepraszania stosiku talerzy czy górki rzeczy do wyprania. Bez morfiny w postaci fejsbuków i innych rozpraszaczy, które mają odwórcić uwagę od tego, jak tragicznie jesteśmy wykończeni. I jak wielki w nas niepokój. I jak bardzo nie wiadomo, gdzie skatalizować emocje z natrudniejszych wydarzeń dnia oraz lęki o jutro, zanim zdążyło się ku nam wychylić.
I ciało, i duch, przychodzą z pomocą. Ciało mówi: weź mnie na spacer. Pobiegnij ze mną. Pojedź na rowerze. Weź mnie na siłownię albo zatańcz. Duch dopowiada: odpocznij w szczerym pokazaniu tego, co się w Tobie dzieje, w tym spotkaniu, które nazywa się potocznie modlitwą. Żeby ciężar podzielony stał się lżejszy. Skoro mleczarz Tewje z Anatewki potrafił nawet w drodze, ciągnąc swój wózek znaczy, że może się da bez wielu rekwizytów i doskonałego miejsca. W końcu to spotkanie przyjaciół.
Małgorzata Rybak
Tekst dla mnie. Podczytuje coraz bardziej systematycznie. I dobrze mi tu… Nie że wszystkim się zgadzam, często się w zasadzie nie zgadzam, ale paradoksalnie czytam jeszcze uważniej.
Ciekawe jest to, że Pani teksty były pierwszym jakie zaczęłam czytać na blogach. Dawno temu, bardzo dawno, pewnie z osiem lat. A trafiłam przypadkiem. Przez rekomendacje dziewczyny, którĄ też przypadkiem poznałam na rekolekcjach U progu Auschwitz… Dziś już nawet nie pamiętam jak się nazywała. Ale teksty wciąż czytam.
A co do blogów, to tak naprawdę cztery śledzę dość uważnie. Na więcej jakoś mi szkoda czasu… I to też fajne w sumie, że tak odległa jest Pani od typowej blogosfery, a dla mnie to pierwszy i jeden z niewielu czytanych w ciągu tej prawie dekady. Nawet siebie o taką stałość nie posadziłam.
Pozdrawiam serdecznie, dziękując za spędzony tu czas 🙂
Dziękuję za tę historię! Proszę śmiało komentować, jak się Pani niezgadza. Rozbieżność zdań pomaga generować nowe perspektywy. Pozdrawiam ciepło!