To był dobry weekend. Temperatury letnie, wycieczka rowerowa w pobliskie ruiny tego, co było kiedyś „Śląskim Windsorem”, zanim Armia Czerwona spaliła, a władze PRL rozebrały resztki pozostałe z pożaru. Film obejrzany z Boskim, wspólne spacery. Niedziela zakończona wieczorną nauką ze średnim synem, bo zasyp sprawdzianów.
Czemu o tym piszę? Cały czas nurtuje mnie podnoszone przez osoby żyjące w rodzinach pytanie, czy rodzice miewają czas wolny. I przyszło mi do głowy, że ogromnie wiele zależy od sposobu zarządzania naszą energią w ogóle. Jeśli moja praca – albo to, jak ją układam – zabiera mi wszelką energię i wymaga ode mnie cudów (czytaj: „ja także wymagam od siebie cudów”), to stosunek do czasu wolnego będzie zawsze w pewien sposób obciążony. Skoro jadę na energetycznym debecie i jestem pozbawiona/y fundamentalnej troski o siebie, to w strefie domu zostaje mi samoobrona*. „Dajcie mi wszyscy spokój”. Nie, nie dlatego, że jestem złą mamą/złym tatą. Po prostu nie mam na koncie zasobów już nic, a nawet zapożyczyłem się. Deifyct snu z czasem przeradza się w bezsenność, bo dzień nie ma już żadnych zdrowych marginesów, rytualnych dobrych chwil na wyciszenie. Potem nie da się już nadrobić strat. Nawet gdyby przespać całą sobotę i niedzielę.
Wiem, wiem, że tak wiele spraw musimy podejmować i że można zarzucić mi idealizm, ale naprawdę wiele porządkują zdrowe granice. Granice dla nadgodzin, dla kolejnego zaangażowania w jakiś projekt społeczny, a czasami nawet dla czyjejś prośby o przysługę. Nie dlatego, że mamy być egoistami. Jeśli jednak ta dodatkowa rzecz, która ma mi zabrać kwadrans (w wyobrażeniu proszącego o kolejną „drobnostkę”) czy dwie godziny (bo w końcu na tyle mojego wkładu się to przełoży realnie) sprawi, że dla ludzi najważniejszych i najbliższych pozostanie mi tylko owa „samoobrona”, to może naprawdę nie warto. Może zamiast brać więcej, lepiej brać na siebie mniej.
Przez kolejne dni tygodnia. Żeby weekend nie uruchamiał we mnie jedynie instynktu przetrwania, ale pozwalał budować więzi, zwolnić tempo, przeżyć przygodę i… zgodzić się na to, że nie będzie egoistycznym odebraniem nagrody świętego spokoju za wypruwanie sobie przysłowiowych flaków przez cały tydzień.
Chroń swoje wnętrze. Nie wypruwaj.
Małgorzata Rybak
*Zainspirowało mnie sformułowanie „samoobrona”, na jakie natknęłam się w książce Shauny Niequist Piękne życie – pozycji, którą można by nazwać osobistym pamiętnikiem nawróconej pracoholiczki. Bardzo polecam.