„Wszyscy tyle robią. Nie mogę się zapisać do armii. Mam poczucie, że nic nie robię” – zadzwonił do mnie mój mąż, prywatnie z kategorią wojskową E z powodu uszkodzenia nerwu wzrokowego (widzi w zasadzie tylko na jedno oko). Nie muszę Wam pisać, że włosy dęba mi stają na głowie, gdy słyszę, że mógłby jechać na front, ale będzie nie o tym.
„Za mało robię”.
„Jak mam zająć się codziennością, gdy tam jest wojna?”.
Słyszę to teraz wokół siebie wszędzie. Zresztą i we mnie te różne myśli i uczucia są. Nic dziwnego, funkcjonujemy w rejestrach stanu wyjątkowego, w którym jednocześnie nie zależy od nas nic i zależy bardzo wiele. To, że chcemy zrobić wszystko, co możliwe, znaczy, że jesteśmy ludźmi. Nie jest nam obojętne zło i cierpienie.
Obok tego huraganu w środku jest u mnie także część, która jest bardzo spokojna. Pojawiła się drugiego dnia wojny. Zdecydowana, jasna, odważna. Jak William Wallace, który Szkotom oczekującym na natarcie Anglików na polu bitwy mówił: „Hold!!!”. „Czekaj”. „Wytrzymaj jeszcze!”. Głupio powiedzieć, ale co roku przypominam sobie tę scenę na okazję cięcia róż, które kocham i uprawiam mimo zerowej wiedzy ogrodniczej od pierwszego momentu, gdy przeprowadziliśmy się na wieś. Z różami jest tak, że jak przytniesz za wcześnie i nadejdzie przymrozek, to zaczną chorować. Więc mówię sobie co roku: „hold”, mimo że już wszyscy przycięli. Sąsiad powiedział, że szybko trzeba. Na grupie FB już cięli. Wszyscy na naszej półkuli już cięli. A ja nie. W końcu nie wytrzymałam i przycięłam w piątek, jak się okazało za wcześnie. Przed dziesięcioma zapowiadanymi dniami silnych przymrozków. Mogłam zrobić mądrzej.
Mój wewnętrzny „William Wallace” mówi mi: „Teraz Twoja energia jest na wagę złota. Właśnie dlatego, że nie wiadomo, co będzie. Możesz jeździć z ciuchami po całym Wrocławiu, możesz śledzić wszystkie grupy pomocowe, ale weź, poczekaj. Użyj jej tam, gdzie jest najpotrzebniejsza, bo nie masz jej bez dna. Jest mnóstwo ludzi, którzy nie mają trójki dzieci i są w gotowości całodobowej pojechania wszędzie i zawsze. A punkty zbiórek proszą o zadawanie pytań, co potrzeba, bo zaraz będą musiały otwierać całe domy towarowe używanych ubrań. Poczekaj, bo zaraz będziesz potrzebować tej energii ogromnie wiele na konkret, którym będzie potrzeba się zająć”.
Gdyby to był sprint, wierzcie mi, już bym biegła. Już przestałabym spać i czekała na zlecenia, gdzie jeszcze być i co zrobić. Ale sprawdziłam, czym dysponuję, jakie mam możliwości, co umiem, czym mogę się podzielić – i że to będzie potrzebne nie w sprincie, ale w wydarzeniu przypominającym Bieg Rzeźnika (ultramaraton górski o długości przeszło 80 km). Odpowiedzialny, długi, wymagający. A do tego potrzebna jest mocna głowa, dotlenione mięśnie, nakarmiony brzuch. Rezyliencja.
Żeby się na mnie mógł ktoś oprzeć. Więcej, bym pomagała tym, co będą potrzebowali pomocy, stawać na własnych nogach.
Jedna z klientek, z którą miałam sesję, trzymała podczas niej w dłoni błękitny ołówek z żółtym paskiem. Nie zwróciła wcześniej uwagi na zbieżność kolorów z tym, co się dzieje na świecie i w niej. Powiedziała, że robi nim wszystko.
Ja pożyczam sobie to zdanie z myślą, że teraz taki czas, że dla Ukrainy możemy robić wszystko, na co składa się nasza codzienność. Spać w nocy, jeśli możemy, by mieć siły przetrwać ten kryzys i pomóc innym. Pracować, by utrzymać stabilność systemu. Regenerować się, by być oparciem dla dzieci i móc zrobić te różne rzeczy dla uchodźców, które są potrzebne. Uśmiechać się, by nie stracili wiary w normalność, którą uda się w końcu przywrócić. Kochać, byśmy wszyscy nie stracili wiary w człowieczeństwo.
Bądźcie dobrzy dla siebie,
Małgosia