Budzę się i przez klejące się jeszcze powieki widzę część mnie, która wstałaby ogromnie zagubiona i niegotowa na dzień.
Jak malutkie dziecko pobiegłaby gdzieś zagrzać bose stopy i przylgnąć do wybudzonego ze snu rodzica, który bierze w ramiona swój los w ciszy, całując go we włosy, bo znajduje w środku ratunek dla bezgłośnego „Boże, czemu tak wcześnie?”.*
Słyszę i taką część, która tubalnym głosem przypomina o wczorajszych planach nadrobienia tego, co nie zmieściło się wczoraj i przez ostatni rok.
Czuję ciało, jak kot, chciałoby robić nic. Słuchać, jak szumi cisza. Słuchać, jak pędzący krwiobieg, niczym lokomotywa, zwalnia. Wtedy kot zwija się w kłębek, a jego oddech staje się pępkiem świata.
Zabieram siebie, wszystkie moje części, na kawę i herbatę.
Bo czemu wybierać.
Małą trzymam w ramionach, poganiającą mnie uspokajam. Nuty ciała spisuję w wewnętrznym pamiętniku.
Czule, czule potrzebuję zaczynać moje dni.
Obchodzić się ze sobą jak z jajkiem.
Obchodzić się ze sobą jak z człowiekiem.
To z rozmów z Rupi przy porannej kawie.
Zobaczcie, jak pięknie dla Was napisała.
Małgosia
Fot. Rupi Kaur z tomiku poezji dom ciało.
I mandevilla, która wstawiona na zimę do domu, kwitnie w moim pokoju.
*alternatywnie do „Boże” rodzice mogą wstawić inne słowa, które w tej sytuacji przychodzą im do głowy, ale ich nie mówią, by chronić swoje dzieci.